W Europie Zachodniej są liczne seminaria dla kapłanów z późniejszym powołaniem, do których wstępują mężczyźni po trzydziestym roku życia lub później. Coraz częściej powołanie na księdza kształtuje się w okresie dojrzałości. Polski Episkopat uznał za „znak czasu” wzrastającą liczbę mężczyzn w późniejszym wieku wyrażających chęć życia w kapłaństwie, dlatego celem tego międzydiecezjalnego seminarium będzie przygotowanie do sakramentu święceń kandydatów, którzy ze względu na wiek wymagają odrębnego toku formacji.
Kongregacja ds. Duchowieństwa ostatecznie zatwierdziła Statut Ogólnopolskiego Seminarium dla Starszych Kandydatów do Święceń. Decyzja ta stanowiła ostatni warunek, by ogłosić oficjalnie nabór do tegoż seminarium. Rektorem Ogólnopolskiego Seminarium dla Starszych Kandydatów do Święceń został mianowany ks. dr Józef Morawa. We wrześniu przeprowadził rozmowy wstępne z kandydatami, skierowanymi przez biskupów diecezjalnych. Rozmowy te odbywały się już w siedzibie seminarium, czyli w budynku przy prowadzonej przez cystersów parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Krakowie-Nowej Hucie (os. Szklane Domy 7).
Na 364. zebraniu plenarnym polscy biskup przyjęli statut Ogólnopolskiego Seminarium dla Starszych Kandydatów do Święceń. Jak mówił wówczas w rozmowie z KAI bp Adam Miziński, utworzenie seminarium duchownego dla starszych kandydatów do kapłaństwa to właściwie inicjatywa oddolna, która wyrosła
z dorocznych spotkań rektorów seminariów duchownych a została potem przedstawiona na zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu. Statut zatwierdziła ostatecznie watykańska Kongregacja ds. Duchowieństwa, co umożliwiło oficjalne ogłoszenie naboru do tego seminarium.
U początku inicjatywy powołania takiego seminarium stał bp Grzegorz Ryś, ówczesny przewodniczący Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych.
Dolna granica wieku, by zostać przyjętym to 35 lat, górnej nie określono. Kandydatem do seminarium "35" może być każdy mężczyzna stanu wolnego, także wdowiec. Według statutu, szczególnego rozeznania wymagają kandydatury mężczyzn, którzy mają potomstwo, uzyskali stwierdzenie nieważności swojego małżeństwa, byłych alumnów oraz tych, którzy przekroczyli 60 rok życia. Kandydatów do seminarium kierują poszczególni biskupi diecezji.
Ogólnopolskie Seminarium dla Starszych Kandydatów do Święceń będzie podlegało Konferencji Episkopatu Polski. Według statutu, nad całością jego funkcjonowania będzie czuwał ordynariusz miejsca, czyli metropolita krakowski.
MÓJ BLOG: MISJE – MISJONARZE ŚWIECCY – BŁOGOSŁAWIONA MARIA TERESA LEDÓCHOWSKA – CO CHCIAŁABY NAM DZISIAJ POWIEDZIEĆ PATRONKA DZIAŁALNOŚCI MISYJNEJ W POLSCE?
piątek, 14 listopada 2014
piątek, 17 maja 2013
STAN DZIEWIC
Stan Dziewic (ordo virginum, OV) należy do indywidualnej formy życia konsekrowanego, w odróżnieniu od Instytutów Świeckich, tworzących wspólnoty osób.
TROCHĘ HISTORII
Obrzęd konsekracji dziewic należał do cennych skarbów liturgii rzymskiej. Już w początkach Kościoła konsekrowano dziewice według uroczystego rytu, przez który stawały się one osobami konsekrowanymi. Dziewice w tamtym czasie mieszkały ze swoimi rodzinami albo we własnych domach. W swojej posłudze były do dyspozycji Kościoła, przede wszystkim przez modlitwę i pełnienie dzieł miłosierdzia.
Wraz z rozwojem życia monastycznego Kościół powiązał to powołanie z uroczystą profesją trzech rad ewangelicznych, życiem we wspólnocie, w posłuszeństwie przełożonemu i wspólną regułą, a na mocy dekretów Soboru Laterańskiego II (1139 r.) zaprzestano udzielania konsekracji dziewicom żyjącym w świecie.
Dopiero Sobór Watykański II podjął temat konsekracji dziewic żyjących w świecie. Odnowiony ryt został zaaprobowany przez papieża Pawła VI. Congregatio de Culto Divino w 1970 r. opublikowała ryt, który wszedł w życie 6 stycznia 1971 r. W Kodeksie Prawa Kanonicznego, promulgowanym 25 stycznia 1983 r., stanowi dziewic poświęcony jest kan. 604. Polski przekład Obrzędy konsekracji dziewic został zatwierdzony przez Kongregację ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów w 1990 r. i wydrukowany w 2001 r. W 2006 r. zostaje powołana Podkomisja KEP ds. Indywidualnych Form Życia Konsekrowanego.
W Polsce do dzisiaj przyjęło konsekrację przeszło 80 dziewic żyjących w świecie.
GŁÓWNE OBOWIĄZKI DZIEWIC
1. Dziewice poświęcone Bogu z natchnienia Ducha Świętego składają zobowiązanie do życia w czystości, aby bardziej kochać Chrystusa i lepiej służyć bliźnim.
2. Dziewice chrześcijańskie zgodnie ze swym stanem i otrzymanymi charyzmatami powinny się oddawać pokucie, dziełom miłosierdzia, apostolstwu i gorliwej modlitwie.
3. Dziewicom zaleca się usilnie, aby dla lepszego spełnienia obowiązku modlitwy odmawiały codziennie Liturgię Godzin, zwłaszcza Jutrznię i Nieszpory. W ten sposób, łącząc swój głos z głosem Chrystusa, Najwyższego Kapłana, oraz Kościoła świętego, będą nieustannie wielbić Ojca Niebieskiego i wypraszać zbawienie świata.
WARUNKI DOPUSZCZENIA DO KONSEKRACJI DZIEWIC
Do konsekracji można dopuszczać dziewice żyjące w świecie, które:
a. ukończyły 25 rok życia;
b. nigdy nie zawierały małżeństwa ani nie żyły publicznie, czyli jawnie, w stanie przeciwnym czystości;
c. według ogólnej opinii przez swój wiek, roztropność i obyczaje dają rękojmię, że wytrwają w życiu czystym oraz poświęconym służbie Kościołowi i bliźnim;
d. zostały dopuszczone do konsekracji przez Biskupa Diecezjalnego.
Kandydatka pragnąca przyjąć konsekrację zwraca się bezpośrednio do Biskupa Diecezjalnego, przedstawiając: prośbę o dokonanie obrzędu konsekracji, opinię księdza proboszcza, opinię delegata biskupa odpowiedzialnego za formację a także życiorys i świadectwo chrztu.
Aby wiernie realizować swoje powołanie dziewica konsekrowana:
a. wedle możności codziennie uczestniczy we Mszy Świętej i adoruje Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie;
b. czyta Pismo Święte, odprawia rozmyślanie i sprawuje Liturgię Godzin, zwłaszcza Jutrznię i Nieszpory;
c. ma specjalne nabożeństwo do Maryi, która jest dla niej wzorem i oparciem;
d. często przystępuje do sakramentu pojednania i w sposób wolny obiera kierownictwo duchowe;
e. w przeżywaniu świętości ewangelicznej dziewica konsekrowana może podjąć wybraną przez siebie formę duchowości zakorzenioną w Tradycji Kościoła.
Dziewica konsekrowana jest zobowiązana sama zapewnić sobie mieszkanie (osobno lub z rodziną), stałe źródło utrzymania i świadczenia społeczne.
Widzialnym znakiem konsekracji jest obrączka.

TROCHĘ HISTORII
Obrzęd konsekracji dziewic należał do cennych skarbów liturgii rzymskiej. Już w początkach Kościoła konsekrowano dziewice według uroczystego rytu, przez który stawały się one osobami konsekrowanymi. Dziewice w tamtym czasie mieszkały ze swoimi rodzinami albo we własnych domach. W swojej posłudze były do dyspozycji Kościoła, przede wszystkim przez modlitwę i pełnienie dzieł miłosierdzia.
Wraz z rozwojem życia monastycznego Kościół powiązał to powołanie z uroczystą profesją trzech rad ewangelicznych, życiem we wspólnocie, w posłuszeństwie przełożonemu i wspólną regułą, a na mocy dekretów Soboru Laterańskiego II (1139 r.) zaprzestano udzielania konsekracji dziewicom żyjącym w świecie.
Dopiero Sobór Watykański II podjął temat konsekracji dziewic żyjących w świecie. Odnowiony ryt został zaaprobowany przez papieża Pawła VI. Congregatio de Culto Divino w 1970 r. opublikowała ryt, który wszedł w życie 6 stycznia 1971 r. W Kodeksie Prawa Kanonicznego, promulgowanym 25 stycznia 1983 r., stanowi dziewic poświęcony jest kan. 604. Polski przekład Obrzędy konsekracji dziewic został zatwierdzony przez Kongregację ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów w 1990 r. i wydrukowany w 2001 r. W 2006 r. zostaje powołana Podkomisja KEP ds. Indywidualnych Form Życia Konsekrowanego.
W Polsce do dzisiaj przyjęło konsekrację przeszło 80 dziewic żyjących w świecie.
GŁÓWNE OBOWIĄZKI DZIEWIC
1. Dziewice poświęcone Bogu z natchnienia Ducha Świętego składają zobowiązanie do życia w czystości, aby bardziej kochać Chrystusa i lepiej służyć bliźnim.
2. Dziewice chrześcijańskie zgodnie ze swym stanem i otrzymanymi charyzmatami powinny się oddawać pokucie, dziełom miłosierdzia, apostolstwu i gorliwej modlitwie.
3. Dziewicom zaleca się usilnie, aby dla lepszego spełnienia obowiązku modlitwy odmawiały codziennie Liturgię Godzin, zwłaszcza Jutrznię i Nieszpory. W ten sposób, łącząc swój głos z głosem Chrystusa, Najwyższego Kapłana, oraz Kościoła świętego, będą nieustannie wielbić Ojca Niebieskiego i wypraszać zbawienie świata.
WARUNKI DOPUSZCZENIA DO KONSEKRACJI DZIEWIC
Do konsekracji można dopuszczać dziewice żyjące w świecie, które:
a. ukończyły 25 rok życia;
b. nigdy nie zawierały małżeństwa ani nie żyły publicznie, czyli jawnie, w stanie przeciwnym czystości;
c. według ogólnej opinii przez swój wiek, roztropność i obyczaje dają rękojmię, że wytrwają w życiu czystym oraz poświęconym służbie Kościołowi i bliźnim;
d. zostały dopuszczone do konsekracji przez Biskupa Diecezjalnego.
Kandydatka pragnąca przyjąć konsekrację zwraca się bezpośrednio do Biskupa Diecezjalnego, przedstawiając: prośbę o dokonanie obrzędu konsekracji, opinię księdza proboszcza, opinię delegata biskupa odpowiedzialnego za formację a także życiorys i świadectwo chrztu.
Aby wiernie realizować swoje powołanie dziewica konsekrowana:
a. wedle możności codziennie uczestniczy we Mszy Świętej i adoruje Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie;
b. czyta Pismo Święte, odprawia rozmyślanie i sprawuje Liturgię Godzin, zwłaszcza Jutrznię i Nieszpory;
c. ma specjalne nabożeństwo do Maryi, która jest dla niej wzorem i oparciem;
d. często przystępuje do sakramentu pojednania i w sposób wolny obiera kierownictwo duchowe;
e. w przeżywaniu świętości ewangelicznej dziewica konsekrowana może podjąć wybraną przez siebie formę duchowości zakorzenioną w Tradycji Kościoła.
Dziewica konsekrowana jest zobowiązana sama zapewnić sobie mieszkanie (osobno lub z rodziną), stałe źródło utrzymania i świadczenia społeczne.
Widzialnym znakiem konsekracji jest obrączka.
środa, 7 listopada 2012
Rosnący dług. Felieton okazjonalny
Ostatnio mocno zbulwersował mnie fakt, który w rzeczy samej jest powszechnie znany, mianowicie iż Polska zadłużona jest na 800 miliardów złotych. W przeliczeniu na jednego mieszkańca każdy z nas ma dług w wysokości - bagatela - 22,5 tys. zł. Każde polskie niemowlę na dzień dobry ma już takie statystyczne zadłużenie.
W artykule, gdzie o tym przeczytałem, na pociechę napisano, że właśnie spłaciliśmy inny dług, który jeszcze w latach siedemdziesiątych zaciągnął E.Gierek. Wynosił on 40 miliardów złotych, co w przeliczeniu na jednego mieszkańca dawało kwotę, za którą można było wtedy nabyć małego fiata.
Dług publiczny Polski rośnie z sekundy na sekundę i chociaż jest bulwersująco wysoki, to jednak wszyscy śpimy spokojnie, gdyż zdajemy sobie sprawę, że niemal wszyscy mieszkańcy świata są podobnie zadłużeni i że wszyscy jesteśmy podobnie niewypłacalni.
Dodam do tego, iż z punktu widzenia zbawienia również wszyscy jesteśmy dłużnikami Boga. Ekonomia idzie więc w parze z teologią.
A tak na marginesie nurtuje mnie pytanie, jaką wysokość osiągnie polski dług publiczny w dniu ostatecznym? I w jakiej będzie on walucie?
W artykule, gdzie o tym przeczytałem, na pociechę napisano, że właśnie spłaciliśmy inny dług, który jeszcze w latach siedemdziesiątych zaciągnął E.Gierek. Wynosił on 40 miliardów złotych, co w przeliczeniu na jednego mieszkańca dawało kwotę, za którą można było wtedy nabyć małego fiata.
Dług publiczny Polski rośnie z sekundy na sekundę i chociaż jest bulwersująco wysoki, to jednak wszyscy śpimy spokojnie, gdyż zdajemy sobie sprawę, że niemal wszyscy mieszkańcy świata są podobnie zadłużeni i że wszyscy jesteśmy podobnie niewypłacalni.
Dodam do tego, iż z punktu widzenia zbawienia również wszyscy jesteśmy dłużnikami Boga. Ekonomia idzie więc w parze z teologią.
A tak na marginesie nurtuje mnie pytanie, jaką wysokość osiągnie polski dług publiczny w dniu ostatecznym? I w jakiej będzie on walucie?
niedziela, 9 września 2012
św. Piotr Klawer - patron misjonarzy
Piotr Klawer urodził się w Hiszpanii w 1580 roku. Mając 20 lat wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. W czasie studiów filozoficznych na Majorce zaprzyjaźnił się ze św. Alfonsem Rodriguezem, który wpłynął głęboko na jego życie duchowe i rozniecił w nim zapał misyjny. Wysłany do Nowej Granady (dzisiejszej Kolumbii), ukończył studia teologiczne i w roku 1616 otrzymał święcenia kapłańskie. W Kartagenie o.Alfons de Sandowal przygotował go do duszpasterstwa wśród niewolników przywożonych z Afryki. Przez 40 lat z heroicznym poświęceniem, w duchu miłości Chrystusowej, oddawał się pracy apostolskiej wśród tych nieszczęśliwych. Robił wszystko, co mógł, by ulżyć ich doli. Pomagał im materialnie, żywił ich i leczył, pocieszał, podtrzymywał w nich ducha wiary. Do swych ślubów zakonnych dodał specjalny ślub poświęcenia się posłudze niewolnikom, podpisując się odtąd: „Niewolnik niewolników na zawsze".
Jego konfesjonał był przede wszystkim do dyspozycji niewolników i tylko pod tym warunkiem, że zostawało trochę czasu, mogli z niego korzystać biali.
Okres Wielkiego Postu poświęcił na głoszenie niewolnikom, zgromadzonym w kościele, na placach i ulicach, Dobrej Nowiny. Używał słów prostych, które utwierdzały ich w wierze.
W czasie Wielkanocy odwiedzał niewolników w pobliskich wioskach.
Święty Piotr Klawer posługiwał przede wszystkim chorym. Przez 14 lat odwiedzał codziennie starego niewolnika, żyjącego w rozpadającej się szopie. Często spotykamy go również w szpitalu św. Sebastiana, świadczącego najniższe posługi. Szpital św. Łazarza, znajdujący się na peryferiach miasta, przeznaczony był dla trędowatych. Tam
miłość Piotra Klawera na znała granic i ostrożności. Osobiście opiekował się chorymi, kładąc ich na swoim płaszczu. Brat Gonzalez mówił, że jego towarzysze nie znosili szpitalnego odoru i płaszcz musiał być prany aż do czterech razy w ciągu dnia. Są świadkowie potwierdzający, że widzieli Piotra Klawera całującego rany niewolników, spowodowane kajdanami i łańcuchami. Czyż nie był to niemy krzyk protestu?
Był on schronieniem i obrońcą wszystkich Murzynów i Murzynek - twierdzi
niewolnica Izabela Folupo - do niego uciekali się we wszystkich swoich potrzebach, szukając pociechy i pomocy.
Kiedy zachorował, ludzie zaczęli gromadzić się na okrzyk: Chodźmy, umiera święty! Czarni i biali chcieli zobaczyć go po raz ostatni i zabrać ze sobą jakąkolwiek relikwię. Gasł powoli i zmarł w pierwszych godzinach rannych 8 września w święto narodzenia Matki Bożej (1654). Cała Kartagena poruszona, urządziła mu pogrzeb, jaki rzadko można tu było zobaczyć. Lud zrozumiał wtedy, kim był Św. Piotr Klawer. Wkrótce zaczęto zbierać informacje do procesu kanonizacyjnego.
Został kanonizowany w 1888 roku. Jedno zdanie papieża Leona XIII wyraża wszystko, co można powiedzieć o Piotrze Klawerze: Po życiu Chrystusa żadne nie wzruszyło mnie tak głęboko, jak życie wielkiego apostoła – świętego Piotra Klawera.
Wspomnienie św. Piotra Klawera, patrona sióstr klawerianek, obchodzi się dnia 9 września.
Jego konfesjonał był przede wszystkim do dyspozycji niewolników i tylko pod tym warunkiem, że zostawało trochę czasu, mogli z niego korzystać biali.
Okres Wielkiego Postu poświęcił na głoszenie niewolnikom, zgromadzonym w kościele, na placach i ulicach, Dobrej Nowiny. Używał słów prostych, które utwierdzały ich w wierze.
W czasie Wielkanocy odwiedzał niewolników w pobliskich wioskach.
Święty Piotr Klawer posługiwał przede wszystkim chorym. Przez 14 lat odwiedzał codziennie starego niewolnika, żyjącego w rozpadającej się szopie. Często spotykamy go również w szpitalu św. Sebastiana, świadczącego najniższe posługi. Szpital św. Łazarza, znajdujący się na peryferiach miasta, przeznaczony był dla trędowatych. Tam
miłość Piotra Klawera na znała granic i ostrożności. Osobiście opiekował się chorymi, kładąc ich na swoim płaszczu. Brat Gonzalez mówił, że jego towarzysze nie znosili szpitalnego odoru i płaszcz musiał być prany aż do czterech razy w ciągu dnia. Są świadkowie potwierdzający, że widzieli Piotra Klawera całującego rany niewolników, spowodowane kajdanami i łańcuchami. Czyż nie był to niemy krzyk protestu?
Był on schronieniem i obrońcą wszystkich Murzynów i Murzynek - twierdzi
niewolnica Izabela Folupo - do niego uciekali się we wszystkich swoich potrzebach, szukając pociechy i pomocy.
Kiedy zachorował, ludzie zaczęli gromadzić się na okrzyk: Chodźmy, umiera święty! Czarni i biali chcieli zobaczyć go po raz ostatni i zabrać ze sobą jakąkolwiek relikwię. Gasł powoli i zmarł w pierwszych godzinach rannych 8 września w święto narodzenia Matki Bożej (1654). Cała Kartagena poruszona, urządziła mu pogrzeb, jaki rzadko można tu było zobaczyć. Lud zrozumiał wtedy, kim był Św. Piotr Klawer. Wkrótce zaczęto zbierać informacje do procesu kanonizacyjnego.
Został kanonizowany w 1888 roku. Jedno zdanie papieża Leona XIII wyraża wszystko, co można powiedzieć o Piotrze Klawerze: Po życiu Chrystusa żadne nie wzruszyło mnie tak głęboko, jak życie wielkiego apostoła – świętego Piotra Klawera.
Wspomnienie św. Piotra Klawera, patrona sióstr klawerianek, obchodzi się dnia 9 września.
czwartek, 31 maja 2012
Agent ubezpieczeniowy wyjeżdża na misje do Afryki
Jeżeli ktoś uważa, że wyjazd na misję osoby świeckiej ciągle jest czymś niezmiernie skomplikowanym, graniczącym z nierealną mrzonką, polecam przeczytać poniższe Świadectwo. Młody człowiek, z branży ubezpieczeniowej, opisuje swój kilkumiesięczny, fascynujący pobyt w Afryce, gdzie przebywa jako wolontariusz.
Tekst opatrzyłem linkami (odsyłaczami), dzięki którym Czytelnik będzie mógł rozszerzyć interesującą Go tematykę.
Ś w i a d e c t w o
Od dzieciństwa marzyłem o wyjeździe do „czarnej” Afryki. Chyba już jako 6-latek prosiłem o to Pana Boga. W młodości pragnąłem zostać księdzem – żyć blisko Boga i służyć ludziom. Rozeznając powołanie, odkryłem, że moją drogą jest małżeństwo. Pozostało jednak pragnienie życia z Bogiem, zgodnie z Jego wolą. Rozpocząłem pracę w towarzystwie ubezpieczeniowym, poznałem moją narzeczoną. Jednocześnie szukałem miejsca zaangażowania się w Kościele i marzyłem o zamieszkaniu na jakiś czas w Afryce, doświadczeniu jej osobiście.
Kiedyś w biuletynie kapucynów znalazłem świadectwo świeckich wolontariuszy. Pomyślałem, że to coś wspaniałego, ale pewnie nie dla mnie – nie jestem lekarzem ani budowlańcem, nie znam biegle języka... cóż mógłbym tam robić? Zbieg różnych okoliczności – m.in. pewne trudne sytuacje w życiu osobistym i zawodowym – spowodował, że myśl o wyjeździe powróciła – potrzebowałem spojrzeć z dystansu na moje życie we wszystkich wymiarach. Chciałem też zrobić coś pięknego i wartościowego w moim życiu, które zaczęło się powoli sprowadzać do codziennej pogoni za pieniędzmi. Zadzwoniłem więc do o. Benedykta Pączki (znałem go tylko z biuletynu) i zapytałem o możliwość wyjazdu do jakiejkolwiek pracy, na przykład fizycznej. Szczerze mówiąc – choć modliłem się, abym mógł wyjechać – wątpiłem aby to było możliwe. O. Benek – zgodnie z moimi przypuszczeniami – powiedział, że zobaczy, czy jest taka szansa, ale żebym nie robił sobie zbyt wielkich nadziei. Kiedy więc po dwóch tygodniach zadzwonił do mnie z wiadomością, że mogę jechać za półtora miesiąca do RCA, aby pomagać przy budowie Centrum Kulturalnego dla dzieci, byłem najszczęśliwszym z ludzi. Na przeszkodzie stanęła jeszcze silna infekcja gardła, właściwie do końca nie wiedziałem, czy pojadę, bo w sanepidzie nie chciano mnie zaszczepić, i zastanawiałem się już, czy cały ten wyjazd nie jest tylko moim zwariowanym pomysłem, niemającym nic wspólnego z wolą Bożą. Na szczęście dwa dni przed wyjazdem zaszczepiłem się i wkrótce w towarzystwie braci Benka i Artura stanąłem na Czarnym Lądzie.
Z trzymiesięcznego pobytu najbardziej w pamięci (poza krajobrazami) utkwiły mi radość i serdeczność Afrykanów. Miałem poczucie przyjęcia i zaakceptowania mnie – gościa w ich świecie. Byłem pod wrażeniem ich podejścia do życia – to, że w poniedziałek rano cieszą się, idąc do pracy, że mając wielodzietne rodziny, żyją niejako cały czas we wspólnocie, otwarci na drugiego człowieka. To wielki kontrast w porównaniu z życiem w Europie. Ludzie z RCA, kraju nękanego przez rebelie, brak perspektyw i głód, żyjąc w bardzo skromnych warunkach, bez prądu, samochodów, Internetu i tych wszystkich rzeczy, które wydają się nam niezbędne, mają w sobie tak wiele radości. Szczególnie widać to u dzieci. Często odwiedzając biedne wioski w okolicach Bocaranga, widziałem gromadę malców w zniszczonych ubrankach grających dziurawą piłką wśród wybuchów śmiechu. Ileż radości można było sprawić tym dzieciom, robiąc im zdjęcie czy dając cukierka. To wszystko bardzo mnie poruszało jako przybysza z branży, w której – dla wielu osób – miernikiem człowieka jest jego sukces finansowy. Duże wrażenie zrobiła na mnie również afrykańska liturgia. Jej niezwykła żywiołowość: piękny, mocny śpiew przy akompaniamencie bębnów i gitar, taniec. Ma się wrażenie, że kościół dosłownie „huczy”, ale widać też, że ludzie modlą się całym sercem.
Pobyt w Bocaranga nie był jednak tylko sielanką – jak można by pomyśleć. Doświadczałem też pewnego osamotnienia i bezradności. Znalazłem się w zupełnie nowej sytuacji, wykonując pracę, której nigdy wcześniej nie wykonywałem, i nie znając języka na tyle dobrze, żeby swobodnie rozwiązywać wszystkie pojawiające się problemy. Praca nie była co prawda skomplikowana – pomoc i pilnowanie budowy oraz dowożenie potrzebnych materiałów (cegieł, piasku, kamieni itp.). Odbiegała jednak zasadniczo od zajęć, które przez 10 lat wykonywałem jako agent ubezpieczeniowy.
W trudnych chwilach umocnieniem była dla mnie modlitwa i Komunia św., dając pokój serca i radość. Dużego wsparcia doświadczyłem też od wielu ludzi. Narzeczona towarzyszyła mi przez wysyłane e-maile. Wiele serdeczności i dobra otrzymałem od wszystkich pracujących na misji kapłanów i braci, sióstr zakonnych i Afrykanów. Codziennie mogłem liczyć na dobre słowo, uśmiech i życzliwość. Również spotkania z kapucynami z placówek w RCA i Czadzie dawały poczucie wspólnoty i radości. Wspólna praca w kilkunastoosobowym zespole na budowie wytworzyła też więzy koleżeństwa między nami. Z powodu różnic mentalnych i w doświadczeniu życiowym nie zawsze dobrze się rozumieliśmy, jednak mogę powiedzieć, że z sympatią wspominam każdego kolegę z budowy (mam nadzieję, że oni mnie również). Szczególnie wdzięczny jestem Justinowi, który oprócz wielu życzliwych gestów podarował mi niezwykły upominek. Otóż nazwał swoją nowo narodzoną, śliczną córeczkę Damiene. Mogę więc powiedzieć, że jakaś część mnie pozostanie na zawsze na Czarnym Lądzie.
Dług wdzięczności będę miał też zawsze wobec oo. Benka Pączki i Roberta Wnuka. Pierwszy obdarzył mnie zaufaniem i umożliwił wyjazd do Afryki. Drugi (mój przewodnik po afrykańskim świecie) pomógł mi spełnić jedno z największych marzeń mojego życia: zorganizował trzydniowy wyjazd do Parku Narodowego Boubandjidah w Kamerunie – żeby obejrzeć żyjące na wolności słonie, żyrafy i inne zwierzęta.
W taki sposób Pan Bóg wyszedł naprzeciw pragnieniom mojego serca.
Czym się Panu odpłacę za wszystko, co mi wyświadczył?
Tekst opatrzyłem linkami (odsyłaczami), dzięki którym Czytelnik będzie mógł rozszerzyć interesującą Go tematykę.
Ś w i a d e c t w o
Od dzieciństwa marzyłem o wyjeździe do „czarnej” Afryki. Chyba już jako 6-latek prosiłem o to Pana Boga. W młodości pragnąłem zostać księdzem – żyć blisko Boga i służyć ludziom. Rozeznając powołanie, odkryłem, że moją drogą jest małżeństwo. Pozostało jednak pragnienie życia z Bogiem, zgodnie z Jego wolą. Rozpocząłem pracę w towarzystwie ubezpieczeniowym, poznałem moją narzeczoną. Jednocześnie szukałem miejsca zaangażowania się w Kościele i marzyłem o zamieszkaniu na jakiś czas w Afryce, doświadczeniu jej osobiście.
Kiedyś w biuletynie kapucynów znalazłem świadectwo świeckich wolontariuszy. Pomyślałem, że to coś wspaniałego, ale pewnie nie dla mnie – nie jestem lekarzem ani budowlańcem, nie znam biegle języka... cóż mógłbym tam robić? Zbieg różnych okoliczności – m.in. pewne trudne sytuacje w życiu osobistym i zawodowym – spowodował, że myśl o wyjeździe powróciła – potrzebowałem spojrzeć z dystansu na moje życie we wszystkich wymiarach. Chciałem też zrobić coś pięknego i wartościowego w moim życiu, które zaczęło się powoli sprowadzać do codziennej pogoni za pieniędzmi. Zadzwoniłem więc do o. Benedykta Pączki (znałem go tylko z biuletynu) i zapytałem o możliwość wyjazdu do jakiejkolwiek pracy, na przykład fizycznej. Szczerze mówiąc – choć modliłem się, abym mógł wyjechać – wątpiłem aby to było możliwe. O. Benek – zgodnie z moimi przypuszczeniami – powiedział, że zobaczy, czy jest taka szansa, ale żebym nie robił sobie zbyt wielkich nadziei. Kiedy więc po dwóch tygodniach zadzwonił do mnie z wiadomością, że mogę jechać za półtora miesiąca do RCA, aby pomagać przy budowie Centrum Kulturalnego dla dzieci, byłem najszczęśliwszym z ludzi. Na przeszkodzie stanęła jeszcze silna infekcja gardła, właściwie do końca nie wiedziałem, czy pojadę, bo w sanepidzie nie chciano mnie zaszczepić, i zastanawiałem się już, czy cały ten wyjazd nie jest tylko moim zwariowanym pomysłem, niemającym nic wspólnego z wolą Bożą. Na szczęście dwa dni przed wyjazdem zaszczepiłem się i wkrótce w towarzystwie braci Benka i Artura stanąłem na Czarnym Lądzie.
Z trzymiesięcznego pobytu najbardziej w pamięci (poza krajobrazami) utkwiły mi radość i serdeczność Afrykanów. Miałem poczucie przyjęcia i zaakceptowania mnie – gościa w ich świecie. Byłem pod wrażeniem ich podejścia do życia – to, że w poniedziałek rano cieszą się, idąc do pracy, że mając wielodzietne rodziny, żyją niejako cały czas we wspólnocie, otwarci na drugiego człowieka. To wielki kontrast w porównaniu z życiem w Europie. Ludzie z RCA, kraju nękanego przez rebelie, brak perspektyw i głód, żyjąc w bardzo skromnych warunkach, bez prądu, samochodów, Internetu i tych wszystkich rzeczy, które wydają się nam niezbędne, mają w sobie tak wiele radości. Szczególnie widać to u dzieci. Często odwiedzając biedne wioski w okolicach Bocaranga, widziałem gromadę malców w zniszczonych ubrankach grających dziurawą piłką wśród wybuchów śmiechu. Ileż radości można było sprawić tym dzieciom, robiąc im zdjęcie czy dając cukierka. To wszystko bardzo mnie poruszało jako przybysza z branży, w której – dla wielu osób – miernikiem człowieka jest jego sukces finansowy. Duże wrażenie zrobiła na mnie również afrykańska liturgia. Jej niezwykła żywiołowość: piękny, mocny śpiew przy akompaniamencie bębnów i gitar, taniec. Ma się wrażenie, że kościół dosłownie „huczy”, ale widać też, że ludzie modlą się całym sercem.
Pobyt w Bocaranga nie był jednak tylko sielanką – jak można by pomyśleć. Doświadczałem też pewnego osamotnienia i bezradności. Znalazłem się w zupełnie nowej sytuacji, wykonując pracę, której nigdy wcześniej nie wykonywałem, i nie znając języka na tyle dobrze, żeby swobodnie rozwiązywać wszystkie pojawiające się problemy. Praca nie była co prawda skomplikowana – pomoc i pilnowanie budowy oraz dowożenie potrzebnych materiałów (cegieł, piasku, kamieni itp.). Odbiegała jednak zasadniczo od zajęć, które przez 10 lat wykonywałem jako agent ubezpieczeniowy.
W trudnych chwilach umocnieniem była dla mnie modlitwa i Komunia św., dając pokój serca i radość. Dużego wsparcia doświadczyłem też od wielu ludzi. Narzeczona towarzyszyła mi przez wysyłane e-maile. Wiele serdeczności i dobra otrzymałem od wszystkich pracujących na misji kapłanów i braci, sióstr zakonnych i Afrykanów. Codziennie mogłem liczyć na dobre słowo, uśmiech i życzliwość. Również spotkania z kapucynami z placówek w RCA i Czadzie dawały poczucie wspólnoty i radości. Wspólna praca w kilkunastoosobowym zespole na budowie wytworzyła też więzy koleżeństwa między nami. Z powodu różnic mentalnych i w doświadczeniu życiowym nie zawsze dobrze się rozumieliśmy, jednak mogę powiedzieć, że z sympatią wspominam każdego kolegę z budowy (mam nadzieję, że oni mnie również). Szczególnie wdzięczny jestem Justinowi, który oprócz wielu życzliwych gestów podarował mi niezwykły upominek. Otóż nazwał swoją nowo narodzoną, śliczną córeczkę Damiene. Mogę więc powiedzieć, że jakaś część mnie pozostanie na zawsze na Czarnym Lądzie.
Dług wdzięczności będę miał też zawsze wobec oo. Benka Pączki i Roberta Wnuka. Pierwszy obdarzył mnie zaufaniem i umożliwił wyjazd do Afryki. Drugi (mój przewodnik po afrykańskim świecie) pomógł mi spełnić jedno z największych marzeń mojego życia: zorganizował trzydniowy wyjazd do Parku Narodowego Boubandjidah w Kamerunie – żeby obejrzeć żyjące na wolności słonie, żyrafy i inne zwierzęta.
W taki sposób Pan Bóg wyszedł naprzeciw pragnieniom mojego serca.
Czym się Panu odpłacę za wszystko, co mi wyświadczył?
wtorek, 22 maja 2012
Św. Teresa od Jezusa o modlitwie
Tak pisze św. Teresa od Jezusa o modlitwie:
"Przedstaw sobie Pana stojącego tuż przy tobie i patrz, z jaką miłością i jaką pokorą raczy ciebie nauczać. Wierz mi, tak dobrego przyjaciela nigdy nie powinnaś odstępować. Gdy się przyzwyczaisz być zawsze w Jego obecności, a On będzie widział, że czynisz to z miłością i starasz się we wszystkim podobać się Jemu, już się od Niego – jak to mówią – nie odczepisz. Nigdy On ciebie ani na chwilę nie opuści, będzie cię wspierał we wszystkich twoich strapieniach, na każdym kroku będzie ci stróżem i pocieszycielem. Czy to mała rzecz, sądzicie, mieć zawsze i wszędzie przy boku takiego przyjaciela?
Nie żądam od was wielkich o Nim rozmyślań ani natężonej pracy rozumu, ani zdobywania się na piękne, wysokie myśli i uczucia – żądam tylko, byście na Niego patrzyły. A któż wam może tego zabronić? Co wam może przeszkodzić, byście nie miały zwrócić na Niego, choćby chwilowo, oczu waszej duszy?
św. Teresa od Jezusa, Droga doskonałości (26,1-3)
Modlitwa jest sztuką łatwą, a zarazem trudną.
"Przedstaw sobie Pana stojącego tuż przy tobie i patrz, z jaką miłością i jaką pokorą raczy ciebie nauczać. Wierz mi, tak dobrego przyjaciela nigdy nie powinnaś odstępować. Gdy się przyzwyczaisz być zawsze w Jego obecności, a On będzie widział, że czynisz to z miłością i starasz się we wszystkim podobać się Jemu, już się od Niego – jak to mówią – nie odczepisz. Nigdy On ciebie ani na chwilę nie opuści, będzie cię wspierał we wszystkich twoich strapieniach, na każdym kroku będzie ci stróżem i pocieszycielem. Czy to mała rzecz, sądzicie, mieć zawsze i wszędzie przy boku takiego przyjaciela?
Nie żądam od was wielkich o Nim rozmyślań ani natężonej pracy rozumu, ani zdobywania się na piękne, wysokie myśli i uczucia – żądam tylko, byście na Niego patrzyły. A któż wam może tego zabronić? Co wam może przeszkodzić, byście nie miały zwrócić na Niego, choćby chwilowo, oczu waszej duszy?
św. Teresa od Jezusa, Droga doskonałości (26,1-3)
Modlitwa jest sztuką łatwą, a zarazem trudną.
Spotkać Jezusa na modlitwie. Bezcenne!
ZAMIAST WSTĘPU
Nie czytaj tych rozważań, jeżeli jesteś przekonany, że już wiesz, czym jest modlitwa i nie chcesz, by Ci ktoś wyjaśniał sprawy, które już dawno poznałeś. Poniższy tekst nie wniesie Ci nic nowego, jeżeli jesteś z siebie zadowolony, gdyż uważasz, że w pełni opanowałeś sztukę modlitwy.
Jeżeli jednak chcesz się czegoś więcej dowiedzieć na temat tego, czym jest spotkanie z żywym Jezusem w modlitwie medytacyjnej i kontemplacji, to – proszę – przeczytaj ten krótki tekst z odpowiednią uwagą, a przekonasz się, że wniesie nowe treści i wiele światła.
I CZYM JEST MODLITWA?
„Modlitwa jest relacją przyjaźni, częstym przebywaniem sam na sam z Tym, o którym wiem, że nas miłuje.”
Dajmy się zaprosić do czegoś bardzo prostego, mianowicie do doświadczenia przyjażni z Jezusem, przyjaźni rozwijanej w ciszy, w spotkaniu osób... w modlitwie.
Przyjaźń ta, jak każda inna, aby mogła trwać i umacniać się, zakłada pewne uwarunkowania. Aby stać się człowiekiem modlitwy, musisz zatroszczyć się o:
Twoje relację z innymi: szacunek, miłość, solidarność, przebaczenie...
Twoją relację z sobą samym.
Twoją relację z Jezusem.
Jest jeszcze coś: „zdeterminowana determinacja”. Tylko wtedy, gdy rozpoczniesz z mocną decyzją, z zapałem i ze stałością, bez przejmowania się trudnościami, które przyjdą, zasmakujesz owoców trwałej przyjaźni z Jezusem.
II ZANIM ROZPOCZNIESZ...
Przejdźmy do konkretnego momentu modlitwy. Już na samym początku napotkasz wiele trudności, dlatego ważne jest, abyś zatroszczył się o odpowiednie „środowisko do modlitwy”. Mogą Ci pomóc te oto poniższe wskazówki:
Poszukaj odpowiedniego (wyciszonego) miejsca.
Przygotuj krótki tekst z Ewangelii, ewentualnie jakiś obraz, symbol czy pieśń (czyli coś, co pomoże Ci skupić się na Osobie Jezusa).
Przyjmij postawę, która pomoże Ci się wyciszyć, skoncentrować i wejść do swojego wnętrza.
Powoli uświadom sobie swój oddech, swoje ciało, swoje wnętrze, bo to pomoże Ci trwać bez rozproszeń.
A teraz skoncentruj swoją uwagę na Jezusie, na Jego miłosnej obecności w Tobie i we wszystkim.
III WCHODZĄC W MODLITWĘ
Teraz musisz odnaleźć swój własny sposób modlitwy, zgodny z Twoim sposobem bycia, z Twoją wrażliwością i kontekstem życiowym. Najważniejsze jest, aby wciąż wracać do Osoby Jezusa, kontemplować Go i zgłębiać tajemnice Jego życia z pomocą Ducha Świętego.
Mogą Ci w tym pomóc te oto następujące sugestie:
Wyobraź Go sobie żywego w Twoim wnętrzu.
Patrz na Niego zgłębiając jedną ze scen ewangelicznych.
Kontempluj jakiś wizerunek Jezusa lub powtarzaj wielokrotnie krótkie zdanie, które wyraża to, co chcesz Mu powiedzieć.
Odmawiaj bardzo powoli Jego modlitwę – „Ojcze nasz”. Smakuj jej każde słowo.
Dobrze jest rozmyślać przez chwilę, zgłębiać, próbować zrozumieć... ale to nie może stać w centrum modlitwy. Przyjaźń to sprawa serca...
IV JESZCZE GŁĘBIEJ
Centrum naszej modlitwy jest Osoba Jezusa. Nieważne jak wszedłeś w modlitwę. Kluczem jest wytrwać u Jego boku, patrzeć na Niego i pozwolić, aby On patrzył na Ciebie, słuchać Go, przyjąć Jego światło. Wszystko po to, aby jeszcze bardziej Go poznać, zgłębiać sercem Jego tajemnicę i pozwalać się ogarnąć Jego obecnością.
„Spokojnie stanąć przy Panu, uspokoiwszy rozum tym wpatrywaniem się w to, że Pan patrzy na niego, i niech Mu towarzyszy, i rozmawia, i prosi, i korzy się, i cieszy się Jego obecnością”.
Modlitwa to czas, aby pozwolić się obdarować przez Boga, aby pozwolić Mu przejąć inicjatywę, odpowiadając ze swojej strony słowem, gestem, uczuciem czy prośbą. Przede wszystkim to czas poznania i wdzięczności za Jego miłość, która czyni wielkie rzeczy; to czas prośby o łaskę poznania Jego woli – tego, czego Bóg chce dla Ciebie w Twojej codzienności.
V COŚ SIĘ ZMIENIA
Modlitwa nie jest chwilą, lecz drogą, która pozwoli Ci odkrywać powoli, kim jest Jezus, Jego misterium, Jego wartości, Jego propozycje, Jego uczucia oraz Jego miłość, z jaką Cię przyjmuje i szuka... W tym samym czasie modlitwa pozwoli Ci poznać siebie samego (to kim jesteś i jak żyjesz) w inny sposób. Patrzeć na Jezusa i na siebie oczyma Boga – nie zaniedbuj tego, bo tylko wtedy będziemy mogli żyć w prawdzie. Nie ma modlitwy bez prawdy, podobnie jak jest w przyjaźni.
Będzie się również konkretyzowało wezwanie Jezusa do życia w wolności wewnętrznej, tej autentycznej, którą daje Ewangelia. Bez względu na życiowe okoliczności, Jezus zaprasza Cię, abyś żył z Nim i jak On. Być człowiekiem modlitwy, to żyć naśladując Jezusa ze wszystkimi konsekwencjami.
VI ...A PÓŹNIEJ?
Bardzo często modlitwa będzie czasem pokoju, wewnętrznej radości, światła... – ale nie zawsze. Twoja sytuacja życiowa, wewnętrzne samopoczucie, przeżywane przez Ciebie wątpliwości sprawią, że uczucia jakie rodzą się na modlitwie, będą się zmieniać.
Nie oceniaj swojej modlitwy przez pryzmat uczuć. Najważniejsze, aby doszło do spotkania, aby Twoim zajęciem była miłosna uwaga i zasłuchanie. Przyjmij światło, które otrzymałeś, podziękuj za obecność Pana i Jego miłość, bez względu na to, czy będziesz ją odczuwał czy nie. Modlitwa to sprawa wiary, czasu, wytrwałości... i zaangażowania.
Spójrz z perspektywy: czy z czasem nie zaczynasz patrzeć na wszystko w inny sposób? Inni ludzie, codzienne życie, wydarzenia na świecie... to wszystko zaczyna nabierać innych kolorów, kolorów nadziei i miłości.
VII ŚLAD MODLITWY
Modlitwa pozostawia trwały ślad w naszym wnętrzu. Nie chodzi jedynie o to, aby pojawiły się dobre pragienia czy postanowienia. Modlitwa jako przyjaźń, jest przede wszystkim DAREM, podarunkiem, który przyjęty sercem, zapoczątkowuje narodziny czegoś nowego i zmienia nas. To jest widoczne z zewnątrz. Są to, jak mówiła Teresa, „skutki potwierdzone czynami”.
Wszystkie uczucia, jakie mogą pojawić się na modlitwie, mają wartość relatywną. Najistotniejsze jest to, aby dzieło Jezusa w Tobie, połączone z Twoją odpowiedzią, było widoczne w przemianie Twojego sposobu bycia, w działaniu według innych wartości, innych kryteriów oraz innych głębokich uczuć.
On nas kocha bez miary i bez stawiania warunków. Miłowanie Boga nie polega zaś na pięknych słowach, „ale na służeniu ze sprawiedliwością, wytrwałym zapałem i pokorą”. Dobrej drogi.
Więcej o modlitwie myślnej na: www.bosi.org.pl
Nie czytaj tych rozważań, jeżeli jesteś przekonany, że już wiesz, czym jest modlitwa i nie chcesz, by Ci ktoś wyjaśniał sprawy, które już dawno poznałeś. Poniższy tekst nie wniesie Ci nic nowego, jeżeli jesteś z siebie zadowolony, gdyż uważasz, że w pełni opanowałeś sztukę modlitwy.
Jeżeli jednak chcesz się czegoś więcej dowiedzieć na temat tego, czym jest spotkanie z żywym Jezusem w modlitwie medytacyjnej i kontemplacji, to – proszę – przeczytaj ten krótki tekst z odpowiednią uwagą, a przekonasz się, że wniesie nowe treści i wiele światła.
I CZYM JEST MODLITWA?
„Modlitwa jest relacją przyjaźni, częstym przebywaniem sam na sam z Tym, o którym wiem, że nas miłuje.”
Dajmy się zaprosić do czegoś bardzo prostego, mianowicie do doświadczenia przyjażni z Jezusem, przyjaźni rozwijanej w ciszy, w spotkaniu osób... w modlitwie.
Przyjaźń ta, jak każda inna, aby mogła trwać i umacniać się, zakłada pewne uwarunkowania. Aby stać się człowiekiem modlitwy, musisz zatroszczyć się o:
Twoje relację z innymi: szacunek, miłość, solidarność, przebaczenie...
Twoją relację z sobą samym.
Twoją relację z Jezusem.
Jest jeszcze coś: „zdeterminowana determinacja”. Tylko wtedy, gdy rozpoczniesz z mocną decyzją, z zapałem i ze stałością, bez przejmowania się trudnościami, które przyjdą, zasmakujesz owoców trwałej przyjaźni z Jezusem.
II ZANIM ROZPOCZNIESZ...
Przejdźmy do konkretnego momentu modlitwy. Już na samym początku napotkasz wiele trudności, dlatego ważne jest, abyś zatroszczył się o odpowiednie „środowisko do modlitwy”. Mogą Ci pomóc te oto poniższe wskazówki:
Poszukaj odpowiedniego (wyciszonego) miejsca.
Przygotuj krótki tekst z Ewangelii, ewentualnie jakiś obraz, symbol czy pieśń (czyli coś, co pomoże Ci skupić się na Osobie Jezusa).
Przyjmij postawę, która pomoże Ci się wyciszyć, skoncentrować i wejść do swojego wnętrza.
Powoli uświadom sobie swój oddech, swoje ciało, swoje wnętrze, bo to pomoże Ci trwać bez rozproszeń.
A teraz skoncentruj swoją uwagę na Jezusie, na Jego miłosnej obecności w Tobie i we wszystkim.
III WCHODZĄC W MODLITWĘ
Teraz musisz odnaleźć swój własny sposób modlitwy, zgodny z Twoim sposobem bycia, z Twoją wrażliwością i kontekstem życiowym. Najważniejsze jest, aby wciąż wracać do Osoby Jezusa, kontemplować Go i zgłębiać tajemnice Jego życia z pomocą Ducha Świętego.
Mogą Ci w tym pomóc te oto następujące sugestie:
Wyobraź Go sobie żywego w Twoim wnętrzu.
Patrz na Niego zgłębiając jedną ze scen ewangelicznych.
Kontempluj jakiś wizerunek Jezusa lub powtarzaj wielokrotnie krótkie zdanie, które wyraża to, co chcesz Mu powiedzieć.
Odmawiaj bardzo powoli Jego modlitwę – „Ojcze nasz”. Smakuj jej każde słowo.
Dobrze jest rozmyślać przez chwilę, zgłębiać, próbować zrozumieć... ale to nie może stać w centrum modlitwy. Przyjaźń to sprawa serca...
IV JESZCZE GŁĘBIEJ
Centrum naszej modlitwy jest Osoba Jezusa. Nieważne jak wszedłeś w modlitwę. Kluczem jest wytrwać u Jego boku, patrzeć na Niego i pozwolić, aby On patrzył na Ciebie, słuchać Go, przyjąć Jego światło. Wszystko po to, aby jeszcze bardziej Go poznać, zgłębiać sercem Jego tajemnicę i pozwalać się ogarnąć Jego obecnością.
„Spokojnie stanąć przy Panu, uspokoiwszy rozum tym wpatrywaniem się w to, że Pan patrzy na niego, i niech Mu towarzyszy, i rozmawia, i prosi, i korzy się, i cieszy się Jego obecnością”.
Modlitwa to czas, aby pozwolić się obdarować przez Boga, aby pozwolić Mu przejąć inicjatywę, odpowiadając ze swojej strony słowem, gestem, uczuciem czy prośbą. Przede wszystkim to czas poznania i wdzięczności za Jego miłość, która czyni wielkie rzeczy; to czas prośby o łaskę poznania Jego woli – tego, czego Bóg chce dla Ciebie w Twojej codzienności.
V COŚ SIĘ ZMIENIA
Modlitwa nie jest chwilą, lecz drogą, która pozwoli Ci odkrywać powoli, kim jest Jezus, Jego misterium, Jego wartości, Jego propozycje, Jego uczucia oraz Jego miłość, z jaką Cię przyjmuje i szuka... W tym samym czasie modlitwa pozwoli Ci poznać siebie samego (to kim jesteś i jak żyjesz) w inny sposób. Patrzeć na Jezusa i na siebie oczyma Boga – nie zaniedbuj tego, bo tylko wtedy będziemy mogli żyć w prawdzie. Nie ma modlitwy bez prawdy, podobnie jak jest w przyjaźni.
Będzie się również konkretyzowało wezwanie Jezusa do życia w wolności wewnętrznej, tej autentycznej, którą daje Ewangelia. Bez względu na życiowe okoliczności, Jezus zaprasza Cię, abyś żył z Nim i jak On. Być człowiekiem modlitwy, to żyć naśladując Jezusa ze wszystkimi konsekwencjami.
VI ...A PÓŹNIEJ?
Bardzo często modlitwa będzie czasem pokoju, wewnętrznej radości, światła... – ale nie zawsze. Twoja sytuacja życiowa, wewnętrzne samopoczucie, przeżywane przez Ciebie wątpliwości sprawią, że uczucia jakie rodzą się na modlitwie, będą się zmieniać.
Nie oceniaj swojej modlitwy przez pryzmat uczuć. Najważniejsze, aby doszło do spotkania, aby Twoim zajęciem była miłosna uwaga i zasłuchanie. Przyjmij światło, które otrzymałeś, podziękuj za obecność Pana i Jego miłość, bez względu na to, czy będziesz ją odczuwał czy nie. Modlitwa to sprawa wiary, czasu, wytrwałości... i zaangażowania.
Spójrz z perspektywy: czy z czasem nie zaczynasz patrzeć na wszystko w inny sposób? Inni ludzie, codzienne życie, wydarzenia na świecie... to wszystko zaczyna nabierać innych kolorów, kolorów nadziei i miłości.
VII ŚLAD MODLITWY
Modlitwa pozostawia trwały ślad w naszym wnętrzu. Nie chodzi jedynie o to, aby pojawiły się dobre pragienia czy postanowienia. Modlitwa jako przyjaźń, jest przede wszystkim DAREM, podarunkiem, który przyjęty sercem, zapoczątkowuje narodziny czegoś nowego i zmienia nas. To jest widoczne z zewnątrz. Są to, jak mówiła Teresa, „skutki potwierdzone czynami”.
Wszystkie uczucia, jakie mogą pojawić się na modlitwie, mają wartość relatywną. Najistotniejsze jest to, aby dzieło Jezusa w Tobie, połączone z Twoją odpowiedzią, było widoczne w przemianie Twojego sposobu bycia, w działaniu według innych wartości, innych kryteriów oraz innych głębokich uczuć.
On nas kocha bez miary i bez stawiania warunków. Miłowanie Boga nie polega zaś na pięknych słowach, „ale na służeniu ze sprawiedliwością, wytrwałym zapałem i pokorą”. Dobrej drogi.
Więcej o modlitwie myślnej na: www.bosi.org.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)