Piotr Klawer urodził się w Hiszpanii w 1580 roku. Mając 20 lat wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. W czasie studiów filozoficznych na Majorce zaprzyjaźnił się ze św. Alfonsem Rodriguezem, który wpłynął głęboko na jego życie duchowe i rozniecił w nim zapał misyjny. Wysłany do Nowej Granady (dzisiejszej Kolumbii), ukończył studia teologiczne i w roku 1616 otrzymał święcenia kapłańskie. W Kartagenie o.Alfons de Sandowal przygotował go do duszpasterstwa wśród niewolników przywożonych z Afryki. Przez 40 lat z heroicznym poświęceniem, w duchu miłości Chrystusowej, oddawał się pracy apostolskiej wśród tych nieszczęśliwych. Robił wszystko, co mógł, by ulżyć ich doli. Pomagał im materialnie, żywił ich i leczył, pocieszał, podtrzymywał w nich ducha wiary. Do swych ślubów zakonnych dodał specjalny ślub poświęcenia się posłudze niewolnikom, podpisując się odtąd: „Niewolnik niewolników na zawsze".
Jego konfesjonał był przede wszystkim do dyspozycji niewolników i tylko pod tym warunkiem, że zostawało trochę czasu, mogli z niego korzystać biali.
Okres Wielkiego Postu poświęcił na głoszenie niewolnikom, zgromadzonym w kościele, na placach i ulicach, Dobrej Nowiny. Używał słów prostych, które utwierdzały ich w wierze.
W czasie Wielkanocy odwiedzał niewolników w pobliskich wioskach.
Święty Piotr Klawer posługiwał przede wszystkim chorym. Przez 14 lat odwiedzał codziennie starego niewolnika, żyjącego w rozpadającej się szopie. Często spotykamy go również w szpitalu św. Sebastiana, świadczącego najniższe posługi. Szpital św. Łazarza, znajdujący się na peryferiach miasta, przeznaczony był dla trędowatych. Tam
miłość Piotra Klawera na znała granic i ostrożności. Osobiście opiekował się chorymi, kładąc ich na swoim płaszczu. Brat Gonzalez mówił, że jego towarzysze nie znosili szpitalnego odoru i płaszcz musiał być prany aż do czterech razy w ciągu dnia. Są świadkowie potwierdzający, że widzieli Piotra Klawera całującego rany niewolników, spowodowane kajdanami i łańcuchami. Czyż nie był to niemy krzyk protestu?
Był on schronieniem i obrońcą wszystkich Murzynów i Murzynek - twierdzi
niewolnica Izabela Folupo - do niego uciekali się we wszystkich swoich potrzebach, szukając pociechy i pomocy.
Kiedy zachorował, ludzie zaczęli gromadzić się na okrzyk: Chodźmy, umiera święty! Czarni i biali chcieli zobaczyć go po raz ostatni i zabrać ze sobą jakąkolwiek relikwię. Gasł powoli i zmarł w pierwszych godzinach rannych 8 września w święto narodzenia Matki Bożej (1654). Cała Kartagena poruszona, urządziła mu pogrzeb, jaki rzadko można tu było zobaczyć. Lud zrozumiał wtedy, kim był Św. Piotr Klawer. Wkrótce zaczęto zbierać informacje do procesu kanonizacyjnego.
Został kanonizowany w 1888 roku. Jedno zdanie papieża Leona XIII wyraża wszystko, co można powiedzieć o Piotrze Klawerze: Po życiu Chrystusa żadne nie wzruszyło mnie tak głęboko, jak życie wielkiego apostoła – świętego Piotra Klawera.
Wspomnienie św. Piotra Klawera, patrona sióstr klawerianek, obchodzi się dnia 9 września.
MÓJ BLOG: MISJE – MISJONARZE ŚWIECCY – BŁOGOSŁAWIONA MARIA TERESA LEDÓCHOWSKA – CO CHCIAŁABY NAM DZISIAJ POWIEDZIEĆ PATRONKA DZIAŁALNOŚCI MISYJNEJ W POLSCE?
niedziela, 9 września 2012
czwartek, 31 maja 2012
Agent ubezpieczeniowy wyjeżdża na misje do Afryki
Jeżeli ktoś uważa, że wyjazd na misję osoby świeckiej ciągle jest czymś niezmiernie skomplikowanym, graniczącym z nierealną mrzonką, polecam przeczytać poniższe Świadectwo. Młody człowiek, z branży ubezpieczeniowej, opisuje swój kilkumiesięczny, fascynujący pobyt w Afryce, gdzie przebywa jako wolontariusz.
Tekst opatrzyłem linkami (odsyłaczami), dzięki którym Czytelnik będzie mógł rozszerzyć interesującą Go tematykę.
Ś w i a d e c t w o
Od dzieciństwa marzyłem o wyjeździe do „czarnej” Afryki. Chyba już jako 6-latek prosiłem o to Pana Boga. W młodości pragnąłem zostać księdzem – żyć blisko Boga i służyć ludziom. Rozeznając powołanie, odkryłem, że moją drogą jest małżeństwo. Pozostało jednak pragnienie życia z Bogiem, zgodnie z Jego wolą. Rozpocząłem pracę w towarzystwie ubezpieczeniowym, poznałem moją narzeczoną. Jednocześnie szukałem miejsca zaangażowania się w Kościele i marzyłem o zamieszkaniu na jakiś czas w Afryce, doświadczeniu jej osobiście.
Kiedyś w biuletynie kapucynów znalazłem świadectwo świeckich wolontariuszy. Pomyślałem, że to coś wspaniałego, ale pewnie nie dla mnie – nie jestem lekarzem ani budowlańcem, nie znam biegle języka... cóż mógłbym tam robić? Zbieg różnych okoliczności – m.in. pewne trudne sytuacje w życiu osobistym i zawodowym – spowodował, że myśl o wyjeździe powróciła – potrzebowałem spojrzeć z dystansu na moje życie we wszystkich wymiarach. Chciałem też zrobić coś pięknego i wartościowego w moim życiu, które zaczęło się powoli sprowadzać do codziennej pogoni za pieniędzmi. Zadzwoniłem więc do o. Benedykta Pączki (znałem go tylko z biuletynu) i zapytałem o możliwość wyjazdu do jakiejkolwiek pracy, na przykład fizycznej. Szczerze mówiąc – choć modliłem się, abym mógł wyjechać – wątpiłem aby to było możliwe. O. Benek – zgodnie z moimi przypuszczeniami – powiedział, że zobaczy, czy jest taka szansa, ale żebym nie robił sobie zbyt wielkich nadziei. Kiedy więc po dwóch tygodniach zadzwonił do mnie z wiadomością, że mogę jechać za półtora miesiąca do RCA, aby pomagać przy budowie Centrum Kulturalnego dla dzieci, byłem najszczęśliwszym z ludzi. Na przeszkodzie stanęła jeszcze silna infekcja gardła, właściwie do końca nie wiedziałem, czy pojadę, bo w sanepidzie nie chciano mnie zaszczepić, i zastanawiałem się już, czy cały ten wyjazd nie jest tylko moim zwariowanym pomysłem, niemającym nic wspólnego z wolą Bożą. Na szczęście dwa dni przed wyjazdem zaszczepiłem się i wkrótce w towarzystwie braci Benka i Artura stanąłem na Czarnym Lądzie.
Z trzymiesięcznego pobytu najbardziej w pamięci (poza krajobrazami) utkwiły mi radość i serdeczność Afrykanów. Miałem poczucie przyjęcia i zaakceptowania mnie – gościa w ich świecie. Byłem pod wrażeniem ich podejścia do życia – to, że w poniedziałek rano cieszą się, idąc do pracy, że mając wielodzietne rodziny, żyją niejako cały czas we wspólnocie, otwarci na drugiego człowieka. To wielki kontrast w porównaniu z życiem w Europie. Ludzie z RCA, kraju nękanego przez rebelie, brak perspektyw i głód, żyjąc w bardzo skromnych warunkach, bez prądu, samochodów, Internetu i tych wszystkich rzeczy, które wydają się nam niezbędne, mają w sobie tak wiele radości. Szczególnie widać to u dzieci. Często odwiedzając biedne wioski w okolicach Bocaranga, widziałem gromadę malców w zniszczonych ubrankach grających dziurawą piłką wśród wybuchów śmiechu. Ileż radości można było sprawić tym dzieciom, robiąc im zdjęcie czy dając cukierka. To wszystko bardzo mnie poruszało jako przybysza z branży, w której – dla wielu osób – miernikiem człowieka jest jego sukces finansowy. Duże wrażenie zrobiła na mnie również afrykańska liturgia. Jej niezwykła żywiołowość: piękny, mocny śpiew przy akompaniamencie bębnów i gitar, taniec. Ma się wrażenie, że kościół dosłownie „huczy”, ale widać też, że ludzie modlą się całym sercem.
Pobyt w Bocaranga nie był jednak tylko sielanką – jak można by pomyśleć. Doświadczałem też pewnego osamotnienia i bezradności. Znalazłem się w zupełnie nowej sytuacji, wykonując pracę, której nigdy wcześniej nie wykonywałem, i nie znając języka na tyle dobrze, żeby swobodnie rozwiązywać wszystkie pojawiające się problemy. Praca nie była co prawda skomplikowana – pomoc i pilnowanie budowy oraz dowożenie potrzebnych materiałów (cegieł, piasku, kamieni itp.). Odbiegała jednak zasadniczo od zajęć, które przez 10 lat wykonywałem jako agent ubezpieczeniowy.
W trudnych chwilach umocnieniem była dla mnie modlitwa i Komunia św., dając pokój serca i radość. Dużego wsparcia doświadczyłem też od wielu ludzi. Narzeczona towarzyszyła mi przez wysyłane e-maile. Wiele serdeczności i dobra otrzymałem od wszystkich pracujących na misji kapłanów i braci, sióstr zakonnych i Afrykanów. Codziennie mogłem liczyć na dobre słowo, uśmiech i życzliwość. Również spotkania z kapucynami z placówek w RCA i Czadzie dawały poczucie wspólnoty i radości. Wspólna praca w kilkunastoosobowym zespole na budowie wytworzyła też więzy koleżeństwa między nami. Z powodu różnic mentalnych i w doświadczeniu życiowym nie zawsze dobrze się rozumieliśmy, jednak mogę powiedzieć, że z sympatią wspominam każdego kolegę z budowy (mam nadzieję, że oni mnie również). Szczególnie wdzięczny jestem Justinowi, który oprócz wielu życzliwych gestów podarował mi niezwykły upominek. Otóż nazwał swoją nowo narodzoną, śliczną córeczkę Damiene. Mogę więc powiedzieć, że jakaś część mnie pozostanie na zawsze na Czarnym Lądzie.
Dług wdzięczności będę miał też zawsze wobec oo. Benka Pączki i Roberta Wnuka. Pierwszy obdarzył mnie zaufaniem i umożliwił wyjazd do Afryki. Drugi (mój przewodnik po afrykańskim świecie) pomógł mi spełnić jedno z największych marzeń mojego życia: zorganizował trzydniowy wyjazd do Parku Narodowego Boubandjidah w Kamerunie – żeby obejrzeć żyjące na wolności słonie, żyrafy i inne zwierzęta.
W taki sposób Pan Bóg wyszedł naprzeciw pragnieniom mojego serca.
Czym się Panu odpłacę za wszystko, co mi wyświadczył?
Tekst opatrzyłem linkami (odsyłaczami), dzięki którym Czytelnik będzie mógł rozszerzyć interesującą Go tematykę.
Ś w i a d e c t w o
Od dzieciństwa marzyłem o wyjeździe do „czarnej” Afryki. Chyba już jako 6-latek prosiłem o to Pana Boga. W młodości pragnąłem zostać księdzem – żyć blisko Boga i służyć ludziom. Rozeznając powołanie, odkryłem, że moją drogą jest małżeństwo. Pozostało jednak pragnienie życia z Bogiem, zgodnie z Jego wolą. Rozpocząłem pracę w towarzystwie ubezpieczeniowym, poznałem moją narzeczoną. Jednocześnie szukałem miejsca zaangażowania się w Kościele i marzyłem o zamieszkaniu na jakiś czas w Afryce, doświadczeniu jej osobiście.
Kiedyś w biuletynie kapucynów znalazłem świadectwo świeckich wolontariuszy. Pomyślałem, że to coś wspaniałego, ale pewnie nie dla mnie – nie jestem lekarzem ani budowlańcem, nie znam biegle języka... cóż mógłbym tam robić? Zbieg różnych okoliczności – m.in. pewne trudne sytuacje w życiu osobistym i zawodowym – spowodował, że myśl o wyjeździe powróciła – potrzebowałem spojrzeć z dystansu na moje życie we wszystkich wymiarach. Chciałem też zrobić coś pięknego i wartościowego w moim życiu, które zaczęło się powoli sprowadzać do codziennej pogoni za pieniędzmi. Zadzwoniłem więc do o. Benedykta Pączki (znałem go tylko z biuletynu) i zapytałem o możliwość wyjazdu do jakiejkolwiek pracy, na przykład fizycznej. Szczerze mówiąc – choć modliłem się, abym mógł wyjechać – wątpiłem aby to było możliwe. O. Benek – zgodnie z moimi przypuszczeniami – powiedział, że zobaczy, czy jest taka szansa, ale żebym nie robił sobie zbyt wielkich nadziei. Kiedy więc po dwóch tygodniach zadzwonił do mnie z wiadomością, że mogę jechać za półtora miesiąca do RCA, aby pomagać przy budowie Centrum Kulturalnego dla dzieci, byłem najszczęśliwszym z ludzi. Na przeszkodzie stanęła jeszcze silna infekcja gardła, właściwie do końca nie wiedziałem, czy pojadę, bo w sanepidzie nie chciano mnie zaszczepić, i zastanawiałem się już, czy cały ten wyjazd nie jest tylko moim zwariowanym pomysłem, niemającym nic wspólnego z wolą Bożą. Na szczęście dwa dni przed wyjazdem zaszczepiłem się i wkrótce w towarzystwie braci Benka i Artura stanąłem na Czarnym Lądzie.
Z trzymiesięcznego pobytu najbardziej w pamięci (poza krajobrazami) utkwiły mi radość i serdeczność Afrykanów. Miałem poczucie przyjęcia i zaakceptowania mnie – gościa w ich świecie. Byłem pod wrażeniem ich podejścia do życia – to, że w poniedziałek rano cieszą się, idąc do pracy, że mając wielodzietne rodziny, żyją niejako cały czas we wspólnocie, otwarci na drugiego człowieka. To wielki kontrast w porównaniu z życiem w Europie. Ludzie z RCA, kraju nękanego przez rebelie, brak perspektyw i głód, żyjąc w bardzo skromnych warunkach, bez prądu, samochodów, Internetu i tych wszystkich rzeczy, które wydają się nam niezbędne, mają w sobie tak wiele radości. Szczególnie widać to u dzieci. Często odwiedzając biedne wioski w okolicach Bocaranga, widziałem gromadę malców w zniszczonych ubrankach grających dziurawą piłką wśród wybuchów śmiechu. Ileż radości można było sprawić tym dzieciom, robiąc im zdjęcie czy dając cukierka. To wszystko bardzo mnie poruszało jako przybysza z branży, w której – dla wielu osób – miernikiem człowieka jest jego sukces finansowy. Duże wrażenie zrobiła na mnie również afrykańska liturgia. Jej niezwykła żywiołowość: piękny, mocny śpiew przy akompaniamencie bębnów i gitar, taniec. Ma się wrażenie, że kościół dosłownie „huczy”, ale widać też, że ludzie modlą się całym sercem.
Pobyt w Bocaranga nie był jednak tylko sielanką – jak można by pomyśleć. Doświadczałem też pewnego osamotnienia i bezradności. Znalazłem się w zupełnie nowej sytuacji, wykonując pracę, której nigdy wcześniej nie wykonywałem, i nie znając języka na tyle dobrze, żeby swobodnie rozwiązywać wszystkie pojawiające się problemy. Praca nie była co prawda skomplikowana – pomoc i pilnowanie budowy oraz dowożenie potrzebnych materiałów (cegieł, piasku, kamieni itp.). Odbiegała jednak zasadniczo od zajęć, które przez 10 lat wykonywałem jako agent ubezpieczeniowy.
W trudnych chwilach umocnieniem była dla mnie modlitwa i Komunia św., dając pokój serca i radość. Dużego wsparcia doświadczyłem też od wielu ludzi. Narzeczona towarzyszyła mi przez wysyłane e-maile. Wiele serdeczności i dobra otrzymałem od wszystkich pracujących na misji kapłanów i braci, sióstr zakonnych i Afrykanów. Codziennie mogłem liczyć na dobre słowo, uśmiech i życzliwość. Również spotkania z kapucynami z placówek w RCA i Czadzie dawały poczucie wspólnoty i radości. Wspólna praca w kilkunastoosobowym zespole na budowie wytworzyła też więzy koleżeństwa między nami. Z powodu różnic mentalnych i w doświadczeniu życiowym nie zawsze dobrze się rozumieliśmy, jednak mogę powiedzieć, że z sympatią wspominam każdego kolegę z budowy (mam nadzieję, że oni mnie również). Szczególnie wdzięczny jestem Justinowi, który oprócz wielu życzliwych gestów podarował mi niezwykły upominek. Otóż nazwał swoją nowo narodzoną, śliczną córeczkę Damiene. Mogę więc powiedzieć, że jakaś część mnie pozostanie na zawsze na Czarnym Lądzie.
Dług wdzięczności będę miał też zawsze wobec oo. Benka Pączki i Roberta Wnuka. Pierwszy obdarzył mnie zaufaniem i umożliwił wyjazd do Afryki. Drugi (mój przewodnik po afrykańskim świecie) pomógł mi spełnić jedno z największych marzeń mojego życia: zorganizował trzydniowy wyjazd do Parku Narodowego Boubandjidah w Kamerunie – żeby obejrzeć żyjące na wolności słonie, żyrafy i inne zwierzęta.
W taki sposób Pan Bóg wyszedł naprzeciw pragnieniom mojego serca.
Czym się Panu odpłacę za wszystko, co mi wyświadczył?
wtorek, 22 maja 2012
Św. Teresa od Jezusa o modlitwie
Tak pisze św. Teresa od Jezusa o modlitwie:
"Przedstaw sobie Pana stojącego tuż przy tobie i patrz, z jaką miłością i jaką pokorą raczy ciebie nauczać. Wierz mi, tak dobrego przyjaciela nigdy nie powinnaś odstępować. Gdy się przyzwyczaisz być zawsze w Jego obecności, a On będzie widział, że czynisz to z miłością i starasz się we wszystkim podobać się Jemu, już się od Niego – jak to mówią – nie odczepisz. Nigdy On ciebie ani na chwilę nie opuści, będzie cię wspierał we wszystkich twoich strapieniach, na każdym kroku będzie ci stróżem i pocieszycielem. Czy to mała rzecz, sądzicie, mieć zawsze i wszędzie przy boku takiego przyjaciela?
Nie żądam od was wielkich o Nim rozmyślań ani natężonej pracy rozumu, ani zdobywania się na piękne, wysokie myśli i uczucia – żądam tylko, byście na Niego patrzyły. A któż wam może tego zabronić? Co wam może przeszkodzić, byście nie miały zwrócić na Niego, choćby chwilowo, oczu waszej duszy?
św. Teresa od Jezusa, Droga doskonałości (26,1-3)
Modlitwa jest sztuką łatwą, a zarazem trudną.
"Przedstaw sobie Pana stojącego tuż przy tobie i patrz, z jaką miłością i jaką pokorą raczy ciebie nauczać. Wierz mi, tak dobrego przyjaciela nigdy nie powinnaś odstępować. Gdy się przyzwyczaisz być zawsze w Jego obecności, a On będzie widział, że czynisz to z miłością i starasz się we wszystkim podobać się Jemu, już się od Niego – jak to mówią – nie odczepisz. Nigdy On ciebie ani na chwilę nie opuści, będzie cię wspierał we wszystkich twoich strapieniach, na każdym kroku będzie ci stróżem i pocieszycielem. Czy to mała rzecz, sądzicie, mieć zawsze i wszędzie przy boku takiego przyjaciela?
Nie żądam od was wielkich o Nim rozmyślań ani natężonej pracy rozumu, ani zdobywania się na piękne, wysokie myśli i uczucia – żądam tylko, byście na Niego patrzyły. A któż wam może tego zabronić? Co wam może przeszkodzić, byście nie miały zwrócić na Niego, choćby chwilowo, oczu waszej duszy?
św. Teresa od Jezusa, Droga doskonałości (26,1-3)
Modlitwa jest sztuką łatwą, a zarazem trudną.
Spotkać Jezusa na modlitwie. Bezcenne!
ZAMIAST WSTĘPU
Nie czytaj tych rozważań, jeżeli jesteś przekonany, że już wiesz, czym jest modlitwa i nie chcesz, by Ci ktoś wyjaśniał sprawy, które już dawno poznałeś. Poniższy tekst nie wniesie Ci nic nowego, jeżeli jesteś z siebie zadowolony, gdyż uważasz, że w pełni opanowałeś sztukę modlitwy.
Jeżeli jednak chcesz się czegoś więcej dowiedzieć na temat tego, czym jest spotkanie z żywym Jezusem w modlitwie medytacyjnej i kontemplacji, to – proszę – przeczytaj ten krótki tekst z odpowiednią uwagą, a przekonasz się, że wniesie nowe treści i wiele światła.
I CZYM JEST MODLITWA?
„Modlitwa jest relacją przyjaźni, częstym przebywaniem sam na sam z Tym, o którym wiem, że nas miłuje.”
Dajmy się zaprosić do czegoś bardzo prostego, mianowicie do doświadczenia przyjażni z Jezusem, przyjaźni rozwijanej w ciszy, w spotkaniu osób... w modlitwie.
Przyjaźń ta, jak każda inna, aby mogła trwać i umacniać się, zakłada pewne uwarunkowania. Aby stać się człowiekiem modlitwy, musisz zatroszczyć się o:
Twoje relację z innymi: szacunek, miłość, solidarność, przebaczenie...
Twoją relację z sobą samym.
Twoją relację z Jezusem.
Jest jeszcze coś: „zdeterminowana determinacja”. Tylko wtedy, gdy rozpoczniesz z mocną decyzją, z zapałem i ze stałością, bez przejmowania się trudnościami, które przyjdą, zasmakujesz owoców trwałej przyjaźni z Jezusem.
II ZANIM ROZPOCZNIESZ...
Przejdźmy do konkretnego momentu modlitwy. Już na samym początku napotkasz wiele trudności, dlatego ważne jest, abyś zatroszczył się o odpowiednie „środowisko do modlitwy”. Mogą Ci pomóc te oto poniższe wskazówki:
Poszukaj odpowiedniego (wyciszonego) miejsca.
Przygotuj krótki tekst z Ewangelii, ewentualnie jakiś obraz, symbol czy pieśń (czyli coś, co pomoże Ci skupić się na Osobie Jezusa).
Przyjmij postawę, która pomoże Ci się wyciszyć, skoncentrować i wejść do swojego wnętrza.
Powoli uświadom sobie swój oddech, swoje ciało, swoje wnętrze, bo to pomoże Ci trwać bez rozproszeń.
A teraz skoncentruj swoją uwagę na Jezusie, na Jego miłosnej obecności w Tobie i we wszystkim.
III WCHODZĄC W MODLITWĘ
Teraz musisz odnaleźć swój własny sposób modlitwy, zgodny z Twoim sposobem bycia, z Twoją wrażliwością i kontekstem życiowym. Najważniejsze jest, aby wciąż wracać do Osoby Jezusa, kontemplować Go i zgłębiać tajemnice Jego życia z pomocą Ducha Świętego.
Mogą Ci w tym pomóc te oto następujące sugestie:
Wyobraź Go sobie żywego w Twoim wnętrzu.
Patrz na Niego zgłębiając jedną ze scen ewangelicznych.
Kontempluj jakiś wizerunek Jezusa lub powtarzaj wielokrotnie krótkie zdanie, które wyraża to, co chcesz Mu powiedzieć.
Odmawiaj bardzo powoli Jego modlitwę – „Ojcze nasz”. Smakuj jej każde słowo.
Dobrze jest rozmyślać przez chwilę, zgłębiać, próbować zrozumieć... ale to nie może stać w centrum modlitwy. Przyjaźń to sprawa serca...
IV JESZCZE GŁĘBIEJ
Centrum naszej modlitwy jest Osoba Jezusa. Nieważne jak wszedłeś w modlitwę. Kluczem jest wytrwać u Jego boku, patrzeć na Niego i pozwolić, aby On patrzył na Ciebie, słuchać Go, przyjąć Jego światło. Wszystko po to, aby jeszcze bardziej Go poznać, zgłębiać sercem Jego tajemnicę i pozwalać się ogarnąć Jego obecnością.
„Spokojnie stanąć przy Panu, uspokoiwszy rozum tym wpatrywaniem się w to, że Pan patrzy na niego, i niech Mu towarzyszy, i rozmawia, i prosi, i korzy się, i cieszy się Jego obecnością”.
Modlitwa to czas, aby pozwolić się obdarować przez Boga, aby pozwolić Mu przejąć inicjatywę, odpowiadając ze swojej strony słowem, gestem, uczuciem czy prośbą. Przede wszystkim to czas poznania i wdzięczności za Jego miłość, która czyni wielkie rzeczy; to czas prośby o łaskę poznania Jego woli – tego, czego Bóg chce dla Ciebie w Twojej codzienności.
V COŚ SIĘ ZMIENIA
Modlitwa nie jest chwilą, lecz drogą, która pozwoli Ci odkrywać powoli, kim jest Jezus, Jego misterium, Jego wartości, Jego propozycje, Jego uczucia oraz Jego miłość, z jaką Cię przyjmuje i szuka... W tym samym czasie modlitwa pozwoli Ci poznać siebie samego (to kim jesteś i jak żyjesz) w inny sposób. Patrzeć na Jezusa i na siebie oczyma Boga – nie zaniedbuj tego, bo tylko wtedy będziemy mogli żyć w prawdzie. Nie ma modlitwy bez prawdy, podobnie jak jest w przyjaźni.
Będzie się również konkretyzowało wezwanie Jezusa do życia w wolności wewnętrznej, tej autentycznej, którą daje Ewangelia. Bez względu na życiowe okoliczności, Jezus zaprasza Cię, abyś żył z Nim i jak On. Być człowiekiem modlitwy, to żyć naśladując Jezusa ze wszystkimi konsekwencjami.
VI ...A PÓŹNIEJ?
Bardzo często modlitwa będzie czasem pokoju, wewnętrznej radości, światła... – ale nie zawsze. Twoja sytuacja życiowa, wewnętrzne samopoczucie, przeżywane przez Ciebie wątpliwości sprawią, że uczucia jakie rodzą się na modlitwie, będą się zmieniać.
Nie oceniaj swojej modlitwy przez pryzmat uczuć. Najważniejsze, aby doszło do spotkania, aby Twoim zajęciem była miłosna uwaga i zasłuchanie. Przyjmij światło, które otrzymałeś, podziękuj za obecność Pana i Jego miłość, bez względu na to, czy będziesz ją odczuwał czy nie. Modlitwa to sprawa wiary, czasu, wytrwałości... i zaangażowania.
Spójrz z perspektywy: czy z czasem nie zaczynasz patrzeć na wszystko w inny sposób? Inni ludzie, codzienne życie, wydarzenia na świecie... to wszystko zaczyna nabierać innych kolorów, kolorów nadziei i miłości.
VII ŚLAD MODLITWY
Modlitwa pozostawia trwały ślad w naszym wnętrzu. Nie chodzi jedynie o to, aby pojawiły się dobre pragienia czy postanowienia. Modlitwa jako przyjaźń, jest przede wszystkim DAREM, podarunkiem, który przyjęty sercem, zapoczątkowuje narodziny czegoś nowego i zmienia nas. To jest widoczne z zewnątrz. Są to, jak mówiła Teresa, „skutki potwierdzone czynami”.
Wszystkie uczucia, jakie mogą pojawić się na modlitwie, mają wartość relatywną. Najistotniejsze jest to, aby dzieło Jezusa w Tobie, połączone z Twoją odpowiedzią, było widoczne w przemianie Twojego sposobu bycia, w działaniu według innych wartości, innych kryteriów oraz innych głębokich uczuć.
On nas kocha bez miary i bez stawiania warunków. Miłowanie Boga nie polega zaś na pięknych słowach, „ale na służeniu ze sprawiedliwością, wytrwałym zapałem i pokorą”. Dobrej drogi.
Więcej o modlitwie myślnej na: www.bosi.org.pl
Nie czytaj tych rozważań, jeżeli jesteś przekonany, że już wiesz, czym jest modlitwa i nie chcesz, by Ci ktoś wyjaśniał sprawy, które już dawno poznałeś. Poniższy tekst nie wniesie Ci nic nowego, jeżeli jesteś z siebie zadowolony, gdyż uważasz, że w pełni opanowałeś sztukę modlitwy.
Jeżeli jednak chcesz się czegoś więcej dowiedzieć na temat tego, czym jest spotkanie z żywym Jezusem w modlitwie medytacyjnej i kontemplacji, to – proszę – przeczytaj ten krótki tekst z odpowiednią uwagą, a przekonasz się, że wniesie nowe treści i wiele światła.
I CZYM JEST MODLITWA?
„Modlitwa jest relacją przyjaźni, częstym przebywaniem sam na sam z Tym, o którym wiem, że nas miłuje.”
Dajmy się zaprosić do czegoś bardzo prostego, mianowicie do doświadczenia przyjażni z Jezusem, przyjaźni rozwijanej w ciszy, w spotkaniu osób... w modlitwie.
Przyjaźń ta, jak każda inna, aby mogła trwać i umacniać się, zakłada pewne uwarunkowania. Aby stać się człowiekiem modlitwy, musisz zatroszczyć się o:
Twoje relację z innymi: szacunek, miłość, solidarność, przebaczenie...
Twoją relację z sobą samym.
Twoją relację z Jezusem.
Jest jeszcze coś: „zdeterminowana determinacja”. Tylko wtedy, gdy rozpoczniesz z mocną decyzją, z zapałem i ze stałością, bez przejmowania się trudnościami, które przyjdą, zasmakujesz owoców trwałej przyjaźni z Jezusem.
II ZANIM ROZPOCZNIESZ...
Przejdźmy do konkretnego momentu modlitwy. Już na samym początku napotkasz wiele trudności, dlatego ważne jest, abyś zatroszczył się o odpowiednie „środowisko do modlitwy”. Mogą Ci pomóc te oto poniższe wskazówki:
Poszukaj odpowiedniego (wyciszonego) miejsca.
Przygotuj krótki tekst z Ewangelii, ewentualnie jakiś obraz, symbol czy pieśń (czyli coś, co pomoże Ci skupić się na Osobie Jezusa).
Przyjmij postawę, która pomoże Ci się wyciszyć, skoncentrować i wejść do swojego wnętrza.
Powoli uświadom sobie swój oddech, swoje ciało, swoje wnętrze, bo to pomoże Ci trwać bez rozproszeń.
A teraz skoncentruj swoją uwagę na Jezusie, na Jego miłosnej obecności w Tobie i we wszystkim.
III WCHODZĄC W MODLITWĘ
Teraz musisz odnaleźć swój własny sposób modlitwy, zgodny z Twoim sposobem bycia, z Twoją wrażliwością i kontekstem życiowym. Najważniejsze jest, aby wciąż wracać do Osoby Jezusa, kontemplować Go i zgłębiać tajemnice Jego życia z pomocą Ducha Świętego.
Mogą Ci w tym pomóc te oto następujące sugestie:
Wyobraź Go sobie żywego w Twoim wnętrzu.
Patrz na Niego zgłębiając jedną ze scen ewangelicznych.
Kontempluj jakiś wizerunek Jezusa lub powtarzaj wielokrotnie krótkie zdanie, które wyraża to, co chcesz Mu powiedzieć.
Odmawiaj bardzo powoli Jego modlitwę – „Ojcze nasz”. Smakuj jej każde słowo.
Dobrze jest rozmyślać przez chwilę, zgłębiać, próbować zrozumieć... ale to nie może stać w centrum modlitwy. Przyjaźń to sprawa serca...
IV JESZCZE GŁĘBIEJ
Centrum naszej modlitwy jest Osoba Jezusa. Nieważne jak wszedłeś w modlitwę. Kluczem jest wytrwać u Jego boku, patrzeć na Niego i pozwolić, aby On patrzył na Ciebie, słuchać Go, przyjąć Jego światło. Wszystko po to, aby jeszcze bardziej Go poznać, zgłębiać sercem Jego tajemnicę i pozwalać się ogarnąć Jego obecnością.
„Spokojnie stanąć przy Panu, uspokoiwszy rozum tym wpatrywaniem się w to, że Pan patrzy na niego, i niech Mu towarzyszy, i rozmawia, i prosi, i korzy się, i cieszy się Jego obecnością”.
Modlitwa to czas, aby pozwolić się obdarować przez Boga, aby pozwolić Mu przejąć inicjatywę, odpowiadając ze swojej strony słowem, gestem, uczuciem czy prośbą. Przede wszystkim to czas poznania i wdzięczności za Jego miłość, która czyni wielkie rzeczy; to czas prośby o łaskę poznania Jego woli – tego, czego Bóg chce dla Ciebie w Twojej codzienności.
V COŚ SIĘ ZMIENIA
Modlitwa nie jest chwilą, lecz drogą, która pozwoli Ci odkrywać powoli, kim jest Jezus, Jego misterium, Jego wartości, Jego propozycje, Jego uczucia oraz Jego miłość, z jaką Cię przyjmuje i szuka... W tym samym czasie modlitwa pozwoli Ci poznać siebie samego (to kim jesteś i jak żyjesz) w inny sposób. Patrzeć na Jezusa i na siebie oczyma Boga – nie zaniedbuj tego, bo tylko wtedy będziemy mogli żyć w prawdzie. Nie ma modlitwy bez prawdy, podobnie jak jest w przyjaźni.
Będzie się również konkretyzowało wezwanie Jezusa do życia w wolności wewnętrznej, tej autentycznej, którą daje Ewangelia. Bez względu na życiowe okoliczności, Jezus zaprasza Cię, abyś żył z Nim i jak On. Być człowiekiem modlitwy, to żyć naśladując Jezusa ze wszystkimi konsekwencjami.
VI ...A PÓŹNIEJ?
Bardzo często modlitwa będzie czasem pokoju, wewnętrznej radości, światła... – ale nie zawsze. Twoja sytuacja życiowa, wewnętrzne samopoczucie, przeżywane przez Ciebie wątpliwości sprawią, że uczucia jakie rodzą się na modlitwie, będą się zmieniać.
Nie oceniaj swojej modlitwy przez pryzmat uczuć. Najważniejsze, aby doszło do spotkania, aby Twoim zajęciem była miłosna uwaga i zasłuchanie. Przyjmij światło, które otrzymałeś, podziękuj za obecność Pana i Jego miłość, bez względu na to, czy będziesz ją odczuwał czy nie. Modlitwa to sprawa wiary, czasu, wytrwałości... i zaangażowania.
Spójrz z perspektywy: czy z czasem nie zaczynasz patrzeć na wszystko w inny sposób? Inni ludzie, codzienne życie, wydarzenia na świecie... to wszystko zaczyna nabierać innych kolorów, kolorów nadziei i miłości.
VII ŚLAD MODLITWY
Modlitwa pozostawia trwały ślad w naszym wnętrzu. Nie chodzi jedynie o to, aby pojawiły się dobre pragienia czy postanowienia. Modlitwa jako przyjaźń, jest przede wszystkim DAREM, podarunkiem, który przyjęty sercem, zapoczątkowuje narodziny czegoś nowego i zmienia nas. To jest widoczne z zewnątrz. Są to, jak mówiła Teresa, „skutki potwierdzone czynami”.
Wszystkie uczucia, jakie mogą pojawić się na modlitwie, mają wartość relatywną. Najistotniejsze jest to, aby dzieło Jezusa w Tobie, połączone z Twoją odpowiedzią, było widoczne w przemianie Twojego sposobu bycia, w działaniu według innych wartości, innych kryteriów oraz innych głębokich uczuć.
On nas kocha bez miary i bez stawiania warunków. Miłowanie Boga nie polega zaś na pięknych słowach, „ale na służeniu ze sprawiedliwością, wytrwałym zapałem i pokorą”. Dobrej drogi.
Więcej o modlitwie myślnej na: www.bosi.org.pl
piątek, 6 kwietnia 2012
Chrystus Prawdziwie Zmartwychwstał!
Dobiegł kresu Wielki Post, kończy się Triduum Paschalne, czas, w którym w sposób szczególny wspominamy mękę i śmierć Jezusa Chrystusa. Wkrótce nadejdzie poranek Wielkanocny.
Tymczasem jednak uczniowie są przerażeni Jego śmiercią. Stracili wiarę w Niego. Rozczarowani i przestraszeni tym, co wydarzyło się w Wielki Piątek, sądzą, że na próżno zaufali Jezusowi. Teraz zwątpili w Jego zbawienne działanie. Uczniowie rozproszyli się, dwóch tchórzliwie uciekło z Jerozolimy do pobliskiego Emaus.
W drodze rozmawiają o tym, co w ostatnich dniach się wydarzyło: o pojmaniu Jezusa, niesprawiedliwym sądzie, Jego męce i śmierci na krzyżu. Są smutni, rozgoryczeni i załamani. Nie tak wyobrażali sobie to, czego miał dokonać ich umiłowany Nauczyciel: ”A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela” (Łk 24,21). Według ich przewidywań ostatnie wydarzenia miały się potoczyć zupełnie inaczej. Pojmanie Jezusa, proces i śmierć na krzyżu stanowiły dla nich całkowitą klęskę.
Uczniowie zwierzają się sobie nawzajem z tych dramatycznych przeżyć minionych dni. Jak długo by to trwało i dokąd by doszli przelęknieni i strapieni, gdyby w ich rozmowę nie włączył się tajemniczy Przechodzień? Ich serca poczynają płonąć, kiedy zaczyna im tłumaczyć Pisma. W końcu uczniowie przymuszają Nieznajomego, by pozostał z nimi; ten zgadza się.
Gdy wszedł do domu i zajął z nimi miejsce przy stole, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Dopiero wtedy otworzyły się im oczy i rozpoznali Go, lecz On zniknął. I mówili jeden do drugiego: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” (Łk 24,30-32).
Gdy Chrystus dzielił się z dwoma uczniami wiedzą o tym, co mówią Pisma o Mesjaszu, rozbudził tylko ich zainteresowanie, ale gdy połamał chleb i podzielił się z nimi, sprawił, że rozpoznali Go i uwierzyli w Niego.
Uczniowie w tej samej godzinie ruszają w drogę powrotną do Jerozolimy. Tam zastają zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmiają: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi” (Łk 24,34). Uczniowie również opowiedzieli, co ich spotkało w drodze i jak poznali Pana przy łamaniu chleba.
Właśnie podczas łamania chleba w Emaus uczniom otwierają się oczy. Spożywanie posiłku staje się okazją do rozpoznania Jezusa. Również w kontekście posiłku Zmartwychwstały objawia się później uczniom nad Jeziorem Galilejskim. Św. Jan opowiada, że znajdowały się tam rozżarzone węgle, na których leżały ryby i chleb. Jezus powiedział do nich: „Chodźcie i posilcie się, i wziął chleb, i podał im – podobnie i rybę” (J 21,9-13).
Jak podpowiada Benedykt XVI, zwłaszcza w Wielkim Tygodniu i w Oktawie Wielkanocnej (oktawa – osiem dni po Niedzieli Zmartwychwstania), Pan jest z nami w drodze i wyjaśnia nam Pisma; wszystko mówi nam o Nim. Powinny od tego zapałać także nasze serca, aby mogły się otworzyć również nasze oczy. Podobnie jak dwaj uczniowie poznali Jezusa po łamaniu chleba, tak dziś po łamaniu chleba także my powinniśmy poznać Jego obecność. Jezus łamie chleb także z nami w Eucharystii, daje nam samego siebie i otwiera nasze serca.
Rozpoczyna się radosne świętowanie zmartwychwstania Pańskiego,
Niech te Święta będą dla nas czasem prawdziwej radości płynącej z serca.
Tymczasem jednak uczniowie są przerażeni Jego śmiercią. Stracili wiarę w Niego. Rozczarowani i przestraszeni tym, co wydarzyło się w Wielki Piątek, sądzą, że na próżno zaufali Jezusowi. Teraz zwątpili w Jego zbawienne działanie. Uczniowie rozproszyli się, dwóch tchórzliwie uciekło z Jerozolimy do pobliskiego Emaus.
W drodze rozmawiają o tym, co w ostatnich dniach się wydarzyło: o pojmaniu Jezusa, niesprawiedliwym sądzie, Jego męce i śmierci na krzyżu. Są smutni, rozgoryczeni i załamani. Nie tak wyobrażali sobie to, czego miał dokonać ich umiłowany Nauczyciel: ”A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela” (Łk 24,21). Według ich przewidywań ostatnie wydarzenia miały się potoczyć zupełnie inaczej. Pojmanie Jezusa, proces i śmierć na krzyżu stanowiły dla nich całkowitą klęskę.
Uczniowie zwierzają się sobie nawzajem z tych dramatycznych przeżyć minionych dni. Jak długo by to trwało i dokąd by doszli przelęknieni i strapieni, gdyby w ich rozmowę nie włączył się tajemniczy Przechodzień? Ich serca poczynają płonąć, kiedy zaczyna im tłumaczyć Pisma. W końcu uczniowie przymuszają Nieznajomego, by pozostał z nimi; ten zgadza się.
Gdy wszedł do domu i zajął z nimi miejsce przy stole, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Dopiero wtedy otworzyły się im oczy i rozpoznali Go, lecz On zniknął. I mówili jeden do drugiego: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” (Łk 24,30-32).
Gdy Chrystus dzielił się z dwoma uczniami wiedzą o tym, co mówią Pisma o Mesjaszu, rozbudził tylko ich zainteresowanie, ale gdy połamał chleb i podzielił się z nimi, sprawił, że rozpoznali Go i uwierzyli w Niego.
Uczniowie w tej samej godzinie ruszają w drogę powrotną do Jerozolimy. Tam zastają zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmiają: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi” (Łk 24,34). Uczniowie również opowiedzieli, co ich spotkało w drodze i jak poznali Pana przy łamaniu chleba.
Właśnie podczas łamania chleba w Emaus uczniom otwierają się oczy. Spożywanie posiłku staje się okazją do rozpoznania Jezusa. Również w kontekście posiłku Zmartwychwstały objawia się później uczniom nad Jeziorem Galilejskim. Św. Jan opowiada, że znajdowały się tam rozżarzone węgle, na których leżały ryby i chleb. Jezus powiedział do nich: „Chodźcie i posilcie się, i wziął chleb, i podał im – podobnie i rybę” (J 21,9-13).
Jak podpowiada Benedykt XVI, zwłaszcza w Wielkim Tygodniu i w Oktawie Wielkanocnej (oktawa – osiem dni po Niedzieli Zmartwychwstania), Pan jest z nami w drodze i wyjaśnia nam Pisma; wszystko mówi nam o Nim. Powinny od tego zapałać także nasze serca, aby mogły się otworzyć również nasze oczy. Podobnie jak dwaj uczniowie poznali Jezusa po łamaniu chleba, tak dziś po łamaniu chleba także my powinniśmy poznać Jego obecność. Jezus łamie chleb także z nami w Eucharystii, daje nam samego siebie i otwiera nasze serca.
Rozpoczyna się radosne świętowanie zmartwychwstania Pańskiego,
Niech te Święta będą dla nas czasem prawdziwej radości płynącej z serca.
środa, 14 marca 2012
WIELKI POST TO CZAS PRZEMIANY SERCA
Wielki Post – czas naszego przygotowania do świąt Zmartwychwstania Pańskiego – trwa, bez niedziel, 40 dni.
Liczba 40 często pojawia się na stronicach Biblii – 40 dni to czas potopu (Rdz 7,17), pobytu Mojżesza na górze Synaj (Pwt 9, 11), wędrówki Eliasza przez pustynię (1 Krl 19,8). To także okres nawrócenia i pokuty dla mieszkańców Niniwy, do których wzywał prorok Jonasz (Jon 3, 4), wreszcie 40 lat Izrael wędrował z Egiptu do Ziemi Obiecanej (Lb 14,33-34). I to, co dla nas najważniejsze – 40 dni przebywał Chrystus na pustyni, poszcząc i walcząc z szatanem (Mk 1,12; Łk 4,1).
Liczba czterdzieści wiąże się więc z niepewnością i koniecznością wyrzeczeń, ale także z nadzieją. Symbolizuje czas przemiany i odnowy.
Pierwsi chrześcijanie początkowo to szczególne paschalne przygotowanie, poświęcone modlitwie, rozważaniu Męki Chrystusa i pokucie przeżywali przez 40 godzin. W trzecim wieku czas pokuty wydłużono do tygodnia, natomiast w IV wieku wprowadzono 40-dniowy okres przygotowania do Świąt Wielkanocnych.
Dysponujemy więc obecnie czterdziestu dniami, byśmy chociaż w małym stopniu mogli spróbować zmierzyć się z trudnościami, tak jak Jezus na pustyni. Kościół zachęca nas do postów niekoniecznie dotyczących jedzenia. Nie nakazuje, lecz inspiruje nas do zmagania się z własnym wygodnictwem, lenistwem, wygórowanymi ambicjami i z niedoskonałościami. Być może wtedy ochotniej zatrzymamy się przy potrzebującym lub starszym człowieku. A może uda się okiełznać własną pychę i będzie okazja do zmiany swojego życia na lepsze?
W naszych pełnych zawirowań czasach, nastawionych na konsumpcję, często zapominamy o Bogu i Jego przykazaniach. Dajmy więc sobie w tym czasie okazję do podniesienia jakości życia; znajdźmy czas na refleksję, zastanówmy się nad tym, dokąd zmierza nasza droga i czy na pewno podążamy w dobrą stronę. W jakim stanie jest nasza dusza?
Okres 40 dni wielkopostnych to czas pokuty, ale nie tylko rozumianej jako zachowanie wstrzemiężliwości i postu, lecz przede wszystkim jako nawrócenie, szczera przemiana serca, wzmocnienie wiary. Św. Jan Złotousty w Homilii na Księgę Rodzaju pisał:
„Wiele jest dróg, które mogą otworzyć nam drzwi do zaufania Panu, znacznie więcej niż zwykły post! Dlatego ten, kto nie może pościć, niech wykaże się hojniejszą jałmużną, żarliwszą modlitwą, pilnością w słuchaniu Słowa Bożego – słabość ciała nie stoi tu na przeszkodzie; niech pojedna się z nieprzyjaciółmi i usunie z duszy wszelkie pragnienie zemsty. Jeśli tak uczyni, podejmie prawdziwy post. Tego bowiem nade wszystko oczekuje od nas Pan i taki jest cel, dla którego nakazuje nam powstrzymać się od spożywania pokarmów: pohamować zuchwałość ciała, czyniąc je uległym w wypełnianiu prawa Bożego.”
Zauważmy, że dla osób wychowanych w konsumpcjonizmie, które Wielki Post utożsamiają z „wielkim pomyleniem”, oczekiwanie przez 40 dni na czekoladowe króliczki lub cukrowe baranki jest nieatrakcyjne. Być może nie uświadamiają sobie, że każda rzecz ma swój czas i że potrzebne są chwile postu i refleksji, by móc później przeżywać radość Świąt Wielkanocnych.
Ostatnim etapem przygotowania się na przeżywanie tajemnicy zmartwychwstania jest oczywiście sakrament pokuty, czy raczej – pojednania. Przez wyznanie grzechów Bogu – za pośrednictwem kapłana, skruchę i chęć poprawy, dostępujemy odpuszczenia grzechów. Pamiętajmy jednak, że łaska wiary i nawrócenia jest darem Boga – nie zawsze powrót na ścieżkę prowadzącą ku Niemu będzie łatwy i szybki. Czasem potrzeba wiele Wielkich Postów i silnej woli z naszej strony, aby zrozumieć tajemnicę Zmartwychwstania.
Celem 40 dni przed Wielkanocą jest zatem przygotowanie się na przyjęcie najważniejszej prawdy chrześcijaństwa, o której św. Paweł w Liście do Koryntian pisze:” Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli.”
Liczba 40 często pojawia się na stronicach Biblii – 40 dni to czas potopu (Rdz 7,17), pobytu Mojżesza na górze Synaj (Pwt 9, 11), wędrówki Eliasza przez pustynię (1 Krl 19,8). To także okres nawrócenia i pokuty dla mieszkańców Niniwy, do których wzywał prorok Jonasz (Jon 3, 4), wreszcie 40 lat Izrael wędrował z Egiptu do Ziemi Obiecanej (Lb 14,33-34). I to, co dla nas najważniejsze – 40 dni przebywał Chrystus na pustyni, poszcząc i walcząc z szatanem (Mk 1,12; Łk 4,1).
Liczba czterdzieści wiąże się więc z niepewnością i koniecznością wyrzeczeń, ale także z nadzieją. Symbolizuje czas przemiany i odnowy.
Pierwsi chrześcijanie początkowo to szczególne paschalne przygotowanie, poświęcone modlitwie, rozważaniu Męki Chrystusa i pokucie przeżywali przez 40 godzin. W trzecim wieku czas pokuty wydłużono do tygodnia, natomiast w IV wieku wprowadzono 40-dniowy okres przygotowania do Świąt Wielkanocnych.
Dysponujemy więc obecnie czterdziestu dniami, byśmy chociaż w małym stopniu mogli spróbować zmierzyć się z trudnościami, tak jak Jezus na pustyni. Kościół zachęca nas do postów niekoniecznie dotyczących jedzenia. Nie nakazuje, lecz inspiruje nas do zmagania się z własnym wygodnictwem, lenistwem, wygórowanymi ambicjami i z niedoskonałościami. Być może wtedy ochotniej zatrzymamy się przy potrzebującym lub starszym człowieku. A może uda się okiełznać własną pychę i będzie okazja do zmiany swojego życia na lepsze?
W naszych pełnych zawirowań czasach, nastawionych na konsumpcję, często zapominamy o Bogu i Jego przykazaniach. Dajmy więc sobie w tym czasie okazję do podniesienia jakości życia; znajdźmy czas na refleksję, zastanówmy się nad tym, dokąd zmierza nasza droga i czy na pewno podążamy w dobrą stronę. W jakim stanie jest nasza dusza?
Okres 40 dni wielkopostnych to czas pokuty, ale nie tylko rozumianej jako zachowanie wstrzemiężliwości i postu, lecz przede wszystkim jako nawrócenie, szczera przemiana serca, wzmocnienie wiary. Św. Jan Złotousty w Homilii na Księgę Rodzaju pisał:
„Wiele jest dróg, które mogą otworzyć nam drzwi do zaufania Panu, znacznie więcej niż zwykły post! Dlatego ten, kto nie może pościć, niech wykaże się hojniejszą jałmużną, żarliwszą modlitwą, pilnością w słuchaniu Słowa Bożego – słabość ciała nie stoi tu na przeszkodzie; niech pojedna się z nieprzyjaciółmi i usunie z duszy wszelkie pragnienie zemsty. Jeśli tak uczyni, podejmie prawdziwy post. Tego bowiem nade wszystko oczekuje od nas Pan i taki jest cel, dla którego nakazuje nam powstrzymać się od spożywania pokarmów: pohamować zuchwałość ciała, czyniąc je uległym w wypełnianiu prawa Bożego.”
Zauważmy, że dla osób wychowanych w konsumpcjonizmie, które Wielki Post utożsamiają z „wielkim pomyleniem”, oczekiwanie przez 40 dni na czekoladowe króliczki lub cukrowe baranki jest nieatrakcyjne. Być może nie uświadamiają sobie, że każda rzecz ma swój czas i że potrzebne są chwile postu i refleksji, by móc później przeżywać radość Świąt Wielkanocnych.
Ostatnim etapem przygotowania się na przeżywanie tajemnicy zmartwychwstania jest oczywiście sakrament pokuty, czy raczej – pojednania. Przez wyznanie grzechów Bogu – za pośrednictwem kapłana, skruchę i chęć poprawy, dostępujemy odpuszczenia grzechów. Pamiętajmy jednak, że łaska wiary i nawrócenia jest darem Boga – nie zawsze powrót na ścieżkę prowadzącą ku Niemu będzie łatwy i szybki. Czasem potrzeba wiele Wielkich Postów i silnej woli z naszej strony, aby zrozumieć tajemnicę Zmartwychwstania.
Celem 40 dni przed Wielkanocą jest zatem przygotowanie się na przyjęcie najważniejszej prawdy chrześcijaństwa, o której św. Paweł w Liście do Koryntian pisze:” Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli.”
poniedziałek, 20 lutego 2012
Środą Popielcową rozpoczynamy Wielki Post
Post zaczyna się od popiołu. Popiół nie jest taki straszny, jak go malują. Popiół ma swoją twarz smutną, ale i pogodną. Smutną dlatego, że przypomina pogrzeb, płacz, grób rodzinny, nierodzinny, łzy. Pogodną, bo post przypomina nam pokutę, lek duchowy na chorobę naszej duszy, oczyszczenie. Kiedyś właśnie popiołem czyszczono brudne garnki, przypalone rondle, zardzewiałe przedmioty.
Popiół budzi nadzieję urodzaju. W starych pieśniach Kochanowskiego są słowa, mówiące o tym, że sypie się popiół na pola, aby potem obrodziło zboże.
Proch uczy nas mądrego spojrzenia na życie, które jest przemijające.
Tak o popiele, którym posypujemy głowy w Środę Popielcową, pisał ks. Jan Twardowski.
W obecnej kulturze post, asceza to słowa, które mają negatywny wydźwięk, ale paradoksalnie coraz więcej osób podejmuje różnego rodzaju diety, służące utrzymaniu atrakcyjnej sylwetki i dobrej kondycji fizycznej. Ale czy tylko? Odpowiedź na to pytanie daje nam Ojciec Święty Benedykt XVI w słowach: Poszczenie służy oczywiście dobrej kondycji fizycznej, ale dla ludzi wierzących stanowi w pierwszej kolejności „terapię” pomagającą leczyć to wszystko, co uniemożliwia wypełnianie woli Boga.
Dobrze pojęty i ofiarowany w wybranej intencji post ma nam pomóc zaspokoić największy głód, jakiego doświadczamy w naszym wnętrzu: głód i pragnienie Boga oraz „zadać smierć naszemu egoizmowi i otworzyć serce na miłość Boga i bliźniego” (Paenitemini).
Tak o wyrzeczeniach wielkopostnych pisze papież Benedykt XVI.
Jałmużna była wysoko ceniona w czasach starotestamentalnych, a w okresie proroków stawiano ją nawet wyżej od postu i ofiar. W czasach Nowego Testamentu uważano, że jałmużna winna wypływać z motywu miłości bliźniego i będzie między innymi stanowić podstawę wymiaru sprawiedliwości Bożej na Sądzie Ostatecznym. We wczesnych okresach rozwoju Kościoła jałmużna miała cechy wzajemnej pomocy, zwłaszcza w stosunku do osób biednych i potrzebujących. Zbieraniem jałmużny zajmowali się diakoni.
Post pomaga nam także uświadomić sobie, w jakiej sytuacji żyje wielu naszych braci. W Pierwszym Liście św. Jan napomina: „Jeśliby ktoś posiadał majętność tego świata i widział, że brat jego cierpi niedostatek, a zamknął przed nim swe serce, jak może trwać w nim miłość Boga?” (3,17). Niech więc nasza jałmużna wielkopostna świadczy o naszej miłości do potrzebujących bliźnich.
W wielkim Poście modlitwa powinna być w centrum naszego chrześcijańskiego życia. Wśród form pomocy misjom pierwsze miejsce zajmuje współpraca duchowa. W encyklice Redemptoris Missio,78 Ojciec Święty Jan Paweł II pisał, iż nasza „modlitwa winna towarzyszyć misjonarzom na ich drodze, aby głoszenie Słowa odniosło skutek dzięki łasce Bożej”.
Popiół budzi nadzieję urodzaju. W starych pieśniach Kochanowskiego są słowa, mówiące o tym, że sypie się popiół na pola, aby potem obrodziło zboże.
Proch uczy nas mądrego spojrzenia na życie, które jest przemijające.
Tak o popiele, którym posypujemy głowy w Środę Popielcową, pisał ks. Jan Twardowski.
W obecnej kulturze post, asceza to słowa, które mają negatywny wydźwięk, ale paradoksalnie coraz więcej osób podejmuje różnego rodzaju diety, służące utrzymaniu atrakcyjnej sylwetki i dobrej kondycji fizycznej. Ale czy tylko? Odpowiedź na to pytanie daje nam Ojciec Święty Benedykt XVI w słowach: Poszczenie służy oczywiście dobrej kondycji fizycznej, ale dla ludzi wierzących stanowi w pierwszej kolejności „terapię” pomagającą leczyć to wszystko, co uniemożliwia wypełnianie woli Boga.
Dobrze pojęty i ofiarowany w wybranej intencji post ma nam pomóc zaspokoić największy głód, jakiego doświadczamy w naszym wnętrzu: głód i pragnienie Boga oraz „zadać smierć naszemu egoizmowi i otworzyć serce na miłość Boga i bliźniego” (Paenitemini).
Tak o wyrzeczeniach wielkopostnych pisze papież Benedykt XVI.
Jałmużna była wysoko ceniona w czasach starotestamentalnych, a w okresie proroków stawiano ją nawet wyżej od postu i ofiar. W czasach Nowego Testamentu uważano, że jałmużna winna wypływać z motywu miłości bliźniego i będzie między innymi stanowić podstawę wymiaru sprawiedliwości Bożej na Sądzie Ostatecznym. We wczesnych okresach rozwoju Kościoła jałmużna miała cechy wzajemnej pomocy, zwłaszcza w stosunku do osób biednych i potrzebujących. Zbieraniem jałmużny zajmowali się diakoni.
Post pomaga nam także uświadomić sobie, w jakiej sytuacji żyje wielu naszych braci. W Pierwszym Liście św. Jan napomina: „Jeśliby ktoś posiadał majętność tego świata i widział, że brat jego cierpi niedostatek, a zamknął przed nim swe serce, jak może trwać w nim miłość Boga?” (3,17). Niech więc nasza jałmużna wielkopostna świadczy o naszej miłości do potrzebujących bliźnich.
W wielkim Poście modlitwa powinna być w centrum naszego chrześcijańskiego życia. Wśród form pomocy misjom pierwsze miejsce zajmuje współpraca duchowa. W encyklice Redemptoris Missio,78 Ojciec Święty Jan Paweł II pisał, iż nasza „modlitwa winna towarzyszyć misjonarzom na ich drodze, aby głoszenie Słowa odniosło skutek dzięki łasce Bożej”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)